blog o książkach
RSS
środa, 24 października 2012
Joanna Chmielewska "Krwawa zemsta"

Apel! Nieważne co napiszę poniżej, wydźwięk z zamierzenia jest pozytywny!!! Nawet jeśli wydawać by się mogło, że jest negatywny, on jest pozytywny!!!

Moim zamierzeniem jest pisać pozytywnie! I nie kłamać! Czyli może być zawile… tzn. nie dlatego, że jest źle i ja chcę to ukryć! Jest całkiem dobrze, nie tak dobrze jak w przypadku Byczków, ale i nie tak źle jak przy Gwałcie:)

       Ja lubię sobie pewne rzeczy usystematyzować dlatego stwierdzę, iż nie jest to raczej kryminał. Gdybym to ja miała wydawać opinię, rzekłabym, że Chmielewskiej wyszła w końcu ta upragniona powieść science fiction – o tym małym z dnem:) - bo powieść jest o du**e (o, nie do).

     I właśnie ten odwłok jest pierwszym elementem fantastycznym w tej książce. Owe cztery litery, które są głównym i zarazem złym bohaterem powieści, należą do kobiety – Kręcidupci. I jak pseudonim (bo to nie imię) wskazuje, właścicielka swoim zadkiem kręci – kręci w sposób urągający prawom fizyki, anatomii, zoologii i wszechświata. Mężczyźni widząc owe akrobacje, dostają małpiego rozumu, pomieszania zmysłów i długofalowego ogłupienia. To kręcenie przekłada się bowiem na doznania intymne i ci, co zakosztowali względów Kręcidupci, głupieli doszczętnie.

Drugim elementem fantastycznym jest charakter męża głównej bohaterki (pozytywnej) - Majki. Mąż ów jest jedną z ofiar zadnich akrobacji Kręcidupci. Facet nienawidzi zarabiać pieniędzy, pracuje dla idei i najchętniej nie dostawałby za to prowizji, z mamoną nie chce mieć nic wspólnego, mierzi go i odrzuca – wszystko załatwia żona. A o specjalnych zleceniach i tzw. fuchach nie może być nawet mowy. Dodatkowo Dominik taktycznie i taktownie zapomina o swoich błędach, np. gdy popełnił błąd, zdradził żonę, przespał się z koleżanką z pracy – całkowicie wyparł ten fakt z głowy. Dominik ma zwyczaj nie widzieć i nie słyszeć tego, co mu nie pasuje (na moment głuchnie i ślepnie, by po chwili kulturalnie włączyć się z powrotem do rozmowy). Nie chce brać odpowiedzialności, nie dostrzega problemów, jeśli tego nie chce. Jest egocentrykiem i ogólnym dziwadłem. Po utracie mózgu spowodowanej romansem z Kręcidupcią (Emilką), zażądał by to żona zatroszczyła się o rozwód, pomogła mu go uzyskać, najlepiej wyprowadziła się z domu, miasta, kraju. Od tej pory on jej nie zna, nie kocha, chce rozdziału od stołu i łoża a o tym, jak to ma wyglądać w praktyce, nie chce myśleć. A jeśli Majka nie chce się wyprowadzić, to może chociaż znajdzie mu mieszkanie…

Do połowy książki mało mnie szlag nie trafił (pozytywny oczywiście), bo nie mogłam zrozumieć, czemu żadna z poszkodowanych bab nie weźmie w końcu głupiej owcy (Kręcidupci) na stronę, nie wydrapie oczek, nie potarmosi kudłów?! Odbijała im ona notorycznie mężów, kręciła odwłokiem, była głupia i nawet mało atrakcyjna, czemuż żadna jej nie dosypała środku na przeczyszczenie do kawy??? Na 86 stronie padło zdanie o planowaniu zemsty i burza w mojej duszy uspokoiła się.

Jednak muszę was ostrzec, Kręcidupcia trupem nie padnie, gdyby nie prolog, w ogóle nie byłoby żadnego trupa… Jedynymi czynami przestępczymi są w tej książce zamachy na siedzenie Kręcidupci – kwas solny, strzała, drut kolczasty, bat z metalowymi haczykami… Nikt nie idzie do więzienia, a wraz z trwałym uszkodzeniem dupci, opada zaćma z mózgów mężczyzn, odzyskują rozum, zupełnie jakby uszkodzenie mięśni pośladkowych u Emilki zwolniło blokady w mózgach jej ofiar (to w sumie może być trzeci element fantastyczny).

To ciągle jest pozytywnie:)

Dla niewtajemniczonych w arkana twórczości Chmielewskaiej język powieści może być szokiem i zaskoczeniem. Jeśli jeszcze nie wiecie, jakim językiem operuje ta autorka, to „uczenie” się go na tej konkretnej pozycji może być… ciekawe. Nie umiem opisać stylu Joanny Chmielewskiej w kilku słowach – to trzeba przeżyć samemu:) , ale w Krwawej zemście „uderza” już od pierwszych stron, tylko jest bardziej obrazowy niż zazwyczaj a mniej śmieszny…

        Majka prowadzi szczęśliwą egzystencję, ma dzieci, męża, dom i pracę, którą kocha. Mąż Majki jest dziwny, dlatego, kobieta, by utrzymać rodzinę, bierze różne dodatkowe zlecenia i ma przez to mało czasu. Niestety nie zwraca też bacznej uwagi na to, co się dziej wokół niej i jej męża, na którego ostrzy już sobie kły biurowa pomoc techniczna – Kręcidupcia. Majka, ostrzegana przez liczne grono przyjaciół i współpracowników, nic sobie z tego nie robi, ufna w monogamię męża. Do dnia, w którym Dominik wraca do domu i żąda rozwodu, gdyż chce się żenić z Kręcidupcią. Dominik chce Kręcidupci – właściwie to chce z nią sypiać, Kręcidupcia chce być zoną kierownika, chce mieć duże mieszkanie i kupę kasy i myśli, że Dominik to wszystko jej da. Emilka vel Kręcidupcia jest głupia, jedyne co umie robić wręcz po mistrzowsku, to kręcenie pupą, cała reszta – konwersacja, rozsądek, poczucie humoru i inteligencja – mocno u niej kuleją, dlatego do dziewczyny nie dociera, iż Majka rozwodu nie da, mieszkanie jest jej – po przodkach, a Dominik ma awersję do zarabiania pieniędzy. Majka postanawia przeczekać a w tym czasie nieznany sprawca czyni zamachy na zadek Kręcidupci, która swoim odwłokiem rozbiła już wiele małżeństw i podpadła wielu kobietom. Zaś zemsta, którą planuje Majka jest… mało krwawa.

I pytanie za sto punktów: czemu Majka tak bardzo kocha tego dziwnego Dominika???

A o okładce niestety nic dobrego powiedzieć nie można, więc się nie będę wysilać…

Polecam twórczość pani Chmielewskiej!:)

poniedziałek, 22 października 2012
BLOG - funkcje

         Zagadnienie to jest bardzo ciekawe, choć zapewne większość blogerów ma własne zdanie, odnośnie tego, do czego służy im ich własny blog… Znani już nam; Anna Gumowska, Maciej Maryl i Piotr Toczyński[1], wyróżniają funkcje indywidualne i społecznościowe. INDYWIDUALNE odwołują się do ekspresji autora, która przejawia się w; subiektywnej tematyce, autokreacji i potrzebie ekspresji – chęci autora do dzielenia się swoim życiem. SPOŁECZNOŚCIOWE funkcje poskreślają aspekt komunikacyjny prowadzenia blogów. Blog jest zatem pojmowany jako miejsce wymiany myśli i poglądów, gdzie ludzie dzielą się swoimi przemyśleniami. Wyznacznikiem funkcji społecznościowej jest interakcja z odbiorcą - komentarze. Wymienione wyżej funkcje odnoszą się do autorów blogów. A do czego blogi służą odbiorcom? W odpowiedziach na pytanie: W czym blogi są dla Ciebie istotne jako dla czytelnika? zadane blogerom w ankiecie dotyczącej blogów, badani wskazywali przede wszystkim ciekawostkę i rozrywkę, informacje, kontakt z rzeczywistością społeczną oraz możliwość komunikacji. Wnioski odnoszą się do wyników ankiety przeprowadzonej przez autorów artykułu (Gumowska, Maryl, Toczyski) wśród społeczności blogerów. Ankieta dostępna była w naszym serwisie blogowym Blox.pl.

        Bardzo ciekawie o blogach pisze pani Maria Cywińska-Milonas[2]. Z jej artykułu - Blog narzędziem dla e-biznesu, dowiedzieć się można wielu ciekawych rzeczy. Na przykład kilku ciekawostek z blogosfery zagranicznej. Blogowiska anglojęzyczne są bardzo zróżnicowane – składają się (przede wszystkim) z tzw. J-logs czyli journalism blogs (blogi dziennikarskie). Ich autorzy zajmują się filtrowaniem wiadomości, które następnie umieszczają na swojej stronie wraz z odpowiednim komentarzem. Ten rodzaj blogów miał swój największy okres wzrostu bezpośrednio po ataku na WTC z 11 września 2001. Blogi były wtedy alternatywnym źródłem wiedzy na temat tragedii: pisane pod wpływem emocji, nieocenzurowane, szybko znalazły wielu odbiorców. Z czasem przerodziły się w codziennie aktualizowane „filtry newsów” i zdobywały coraz to nowe rzesze czytelników, budząc zresztą niepokój w dziennikarzach klasycznych mediów.

Innym rodzajem blogów są K-logs, czyli knowledge logs – blogi wiedzy, które skupiają się na zbieraniu informacji z danej dziedziny – najczęściej związane z zastosowaniem nowych technologii lub z Internetem.

Polskie blogi wyrosły na całkowicie odmiennym gruncie niż anglojęzyczne, i jeszcze nie są postrzegane w kategoriach narzędzia. Obowiązuje stereotyp, według którego blog jest pisanym przez rozwydrzone nastolatki wirtualnym pamiętnikiem, niewiele wartym, bo grafomańskim (w sondażu portalu www.gazeta.pl na 347 osób, 40% twierdzi, że nie czyta blogów, bo to grafomaństwo:)). Pani Cywińska-Milonas sugeruje, że tę opinię zawdzięczamy prawdopodobnie licznym artykułom w prasie, które podkreślają wyłącznie wątek pamiętnikarski i młodzieżowy, jak i temu, że polskie blogosfery rozwinęły się nie w tle takich wydarzeń jak atak na WTC, ale w wyniku publikacji reportażu L. K. Talko w Gazecie Wyborczej w czerwcu 2001. Jak pisze w swoim artykule pani Maria, był on pierwszym polskim tekstem prasowym o blogach i spowodował nagły wzrost liczby blogów (i liczne awarie serwera).

Moim zdaniem potrzebna jest zmiana w postrzeganiu blogów, powinniśmy przestawić się z traktowania ich jako dziennika, a zacząć dostrzegać w nich narzędzia kreowania i udostępniania myśli, wiadomości, faktów. Należy przyjąć i zaakceptować, że w blogosferze, na chwilę obecną, możemy znaleźć wpisy dotyczące wszystkiego (nie tylko osobiste wynurzenia). Trzeba skupić się na szukaniu dobrych rozwiązań technologicznych, pokazać, że na blogach można zarobić, i to nie dlatego, że się ekshibicjonistycznie sprzedaje własne emocje. Maria Cywińska-Milonas jest przekonana, że za jakiś czas blog będzie stałym elementem firmowych stron internetowych, jako najbardziej skuteczne narzędzie działu PR.

 

 

 

 

[1]Gumkowska Anna, Maryl Maciej, Toczyński Piotr, 2009, Blog to…. blog. Blogi oczyma blogerów. Raport z badania jakościowego zrealizowanego przez Instytut Badań Literackich PAN i Gazeta.pl, [w:] Danuta Ulicka (red.), Tekst (w) sieci. Tekst - Język - Gatunki, Warszawa: Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne.

[2]Cywińska-Milonas, http://gazeta-it.pl/200305225391/Blog-narzedziem-dla-e-biznesu.html

Tagi: blog
16:25, polonisty
Link Komentarze (13) »
sobota, 20 października 2012
Janusz Korczak

Oto Hersz (Henryk) Goldszmit, znany jako Janusz Korczak. Urodził się 22 lipca 1878 albo 1879 roku. Przyczyną tej niepewności jest zaniedbanie przez ojca (adwokata!) formalności metrykalnych. Sięgając do wspomnień o swoim szczęśliwym dzieciństwie, Korczak przywołuje w "Pamiętniku";

„Byłem dzieckiem, „które godzinami może bawić się samo”, dzieckiem, o którym „nie wie się, że dziecko jest w domu.”

[Pamiętnik[1]]

„Klocki (cegiełki) otrzymałem, mając lat sześć; przestałem się nimi bawić, mając lat czternaście. – Jak ci nie wstyd? Taki stary chłop. – Wziąłbyś się do czego. – Czytaj.(…) Mając piętnaście lat wpadłem w szaleństwo, furię czytania. Świat znikł sprzed oczu, tylko książka istniała...”

[Pamiętnik]

„Mając lat siedemnaście zacząłem nawet pisać powieść .”Samobójstwo”. Bohater znienawidził życie w obawie obłędu. Bałem się panicznie szpitala wariatów, do którego ojciec mój parokrotnie był kierowany. A więc ja syn obłąkanego. A więc dziedzicznie obarczony. Parę dziesiątków lat i podotąd myśl ta mnie okresami dręczy. Zbyt kocham swoje szaleństwa, by nie przerażała mnie myśl, że ktoś wbrew mej woli próbować będzie mnie leczyć.”

[Pamiętnik]

„Mówiła matka: – Ten chłopiec nie ma ambicji. Jemu wszystko jedno, co je, jak się ubierze, czy bawi się z dzieckiem swojej sfery, czy ze stróżkami. Nie wstydzi się bawić z małymi.”

[Pamiętnik]

"Jestem nie po to, aby mnie kochali i podziwiali, ale po to, bym ja działał i kochał. Nie obowiązkiem otoczenia pomagać mnie, ale ja mam obowiązek troszczenia się o świat, o człowieka."[2]

W piątej klasie młodziutki Korczak rozważa myśl o napisaniu "wielkiego studium »Dziecko«".

"Nie mam jeszcze dzieci, a już je kocham”[3]

Udziela korepetycji, aby pomóc rodzinie podczas choroby ojca i po jego śmierci. Wspomni w "Prawidłach życia":

"Ja byłem bogaty, kiedy byłem mały, a potem już biedny, więc znam i to, i to."[4]

1899 Pierwszy sukces. Za sztukę "Którędy" Korczak otrzymuje wyróżnienie w konkursie dramatycznym im.Paderewskiego.

1899 Korczak pisze reportaż "Nędza Warszawy";

"Bezczyn jest wynikiem brudnego egoizmu lub skutkiem powierzchownego rozumowania (...). Kto pogniewa się na tych ludzi za to, że nie są podobni do wyśnionego ideału. (...) Tak, ciemni są oni, prości, rażą nas na każdym kroku: mową i czynami, brakiem oświaty i ogłady, ale spójrzmy na nich przez pryzmat miłości (...), wówczas razić przestaną."[5]

W 1904 r. po raz pierwszy wyjeżdża z grupą chłopców żydowskich na kolonie.

"(…) dziecko, które na kolonii nauczyło się śmiać lub bawić z rówieśnikami, rozumieć żart i śmiało patrzeć w oczy, przyznać się do winy bez obawy i nie drżeć, gdy usłyszy podniesiony głos osoby dorosłej (...) to duża duma dla dozorcy”[6]

W 1905 roku otrzymuje dyplom lekarza i rozpoczyna pracę w Szpitalu dla Dzieci im. Bersonów i Baumanów przy ul. Śliskiej 51. Kiedy wybucha wojna rosyjsko-japońska, zostaje wysłany na front w Mandżurii.

"Raz zimowym rankiem szedłem po ulicach Łodzi, gdy robotnicy milcząc dążyli do fabryk. To oni - ci sami - tam wytwarzają towar, tu walczą o rynki dla niego. Toć ta wojna, jeśli już najstronniej ją sądzić - jest wojną kolonialną - o jarmarczne budy dla łódzkich i moskiewskich perkali". [7]

W 1911 roku przebywa przez miesiąc w Londynie. Zwiedza szkołę i przytułek dla dzieci w Forest Hill. Po latach, w liście do przyjaciela napisze:

"Przypominam sobie chwilę, gdy postanowiłem nie zakładać własnego domu. Było to w parku koło Londynu. Niewolnik nie ma prawa mieć dzieci. Żyd polski pod zaborem carskim. I zaraz odczułem to jako zabicie samego siebie. Z siłą i mocą poprowadziłem swoje życie, które było na pozór nie uporządkowane, samotne i obce. Za syna wybrałem ideę służenia dziecku i jego sprawie. Na pozór straciłem."[8]

W 1912 roku zostaje dyrektorem Domu Sierot.

„Powiedział mi chłopiec, opuszczając Dom Sierot: - Gdyby nie ten dom, nie wiedziałbym, że są na świecie ludzie uczciwi, którzy nie kradną. Nie wiedziałbym, że można mówić prawdę. Nie wiedziałbym, że są na świecie sprawiedliwe prawa.”

[Pamiętnik]

1914-1918 Korczak pracuje nad publikacją „Jak kochać dziecko”;

„Wychowawca, który nie wtłacza, a wyzwala, nie ciągnie, a wznosi, nie ugniata, a kształtuje, nie dyktuje, a uczy, nie żąda, a zapytuje, przeżyje wraz z dzieckiem wiele natchnionych chwil, łzawym wzrokiem nieraz patrzeć będzie na walkę anioła z szatanem, gdzie biały anioł tryumf odnosi.”[9]

Około 1918. Do odchodzących wychowanków mówi:

"Nic wam nie dajemy. Nie dajemy Boga, bo Go sami odszukać musicie we własnej duszy, w samotnym wysiłku. Nie dajemy Ojczyzny, bo ją odnaleźć musicie własną pracą serca i myśli. Nie dajemy miłości człowieka, bo nie ma miłości bez przebaczenia, a przebaczać - to mozół, to trud, który każdy sam musi podjąć. Dajemy wam jedno: tęsknotę za lepszym życiem, którego nie ma, ale kiedyś będzie, za życiem Prawdy i Sprawiedliwości. Może ta tęsknota zaprowadzi was do Boga, Ojczyzny i Miłości."[10]

1919 na łamach "Głosu Nauczycielskiego" Korczak porusza problem bicia dzieci w szkole;

"Wiara w pięść zabija szacunek dla intelektu, uczucia człowieka, oślepia i rozjątrza. (...) Nie: moich uczniów nie wolno bić rodzicom. Moich najgorszych nawet nie oddam na poniewierkę i kalectwo do Studzieńców.”[11]

1919-1920 W czasie wojny polsko-radzieckiej Korczak pracuje w szpitalu epidemicznym w Łodzi i w Warszawie. Tam zaraża się tyfusem plamistym. Od niego zaraża się pielęgnująca go matka i umiera. Dzięki odręcznemu odpisowi Marii Falskiej zachowała się "Modlitwa wychowawcy", którą Korczak napisał 27 kwietnia 1920 roku.

"Daj dzieciom dobrą wolę, daj wysiłkom ich pomoc, ich trudom błogosławieństwo. Nie najłatwiejszą prowadź ich drogą, ale najpiękniejszą. A jako prośby mej zadatek przyjmij jedyny mój klejnot: smutek. Smutek i pracę."[12]

Na Walnym Zgromadzeniu Członków Stowarzyszenia "Nasz Dom", Korczak mówi:

"Wychowanie współczesne przenika zasada, że wychowawca odpowiada przed społeczeństwem za dzieci. Pragniemy oprzeć wychowanie na zasadach, gdzie wychowawca odpowiadałby przed dziećmi za społeczeństwo."[13]

1925 Korczak wydaje książkę „Kiedy znów będę mały”;

„Powiadacie: – Nuży nas obcowanie z dziećmi. Macie słuszność. Mówicie: – Bo musimy się zniżać do ich pojęć. Zniżać, pochylać, naginać, kurczyć. Mylicie się. Nie to nas męczy. Ale – że musimy się wspinać do ich uczuć. Wspinać, wyciągać, na palcach stawać, sięgać. Żeby nie urazić.”[14]

***

„Jeśli będę jeszcze nauczycielem, nigdy nie będę wyrywał ucznia, który ma zmartwienie. Niech myśli, niech się uspokoi, niech sobie odpocznie.”[15]

16 lipca 1926 roku Korczak zostaje odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. W „Małym Przeglądzie” pisze;

[Artykuł wstępny] Do moich przyszłych czytelników! (...)

Wszystko będzie ciekawe. Pismo drukować się będzie na maszynie rotacyjnej. Nie wiem dobrze, co to jest maszyna rotacyjna, ale wszystkie wielkie dzienniki drukują się na takich maszynach. (...) Redaktorów będzie trzech. Jeden stary (łysy, w okularach), żeby nie było bałaganu. Drugi – młody redaktor dla chłopców i jedna dziewczynka – redaktorka dla dziewczynek. - Żeby się nikt nie wstydził, a każdy mówił szczerze i głośno, czego mu potrzeba, jaka mu się krzywda dzieje, jakie ma zmartwienia i troski. (...) Ja w ogóle nie wiem jeszcze, jak będzie. Układam dopiero w głowie, żeby było najlepiej. - Gdybym pisał prospekt dla dorosłych, musiałbym udawać, że wiem. A udawać nie lubię.”[16]

1928 Korczak wydaje „Króla Maciusia I”;

— Wygrana wojna to wielkie niebezpieczeństwo — mówił król jakby do siebie. — Najłatwiej zapomnieć wtedy, po co się jest królem. — A po co się jest królem? — naiwnie zapytał się Maciuś. — Przecież nie po to, żeby nosić koronę, tylko żeby dać szczęście ludności swego państwa. A jak dać szczęście? Wprowadza się różne reformy. „Oho — to ciekawe" — pomyślał Maciuś. - A reformy — to najtrudniejsze, tak, to najtrudniejsze.”[17]

***

„Wasze królewskie mości. Ja was pobiłem i nie wziąłem żadnej kontrybucji, a teraz proszę, żebyście mi pożyczyli pieniądze. Wiec nie bądźcie świniami i pożyczcie.

Król Maciuś Pierwszy Reformator”[18]

1931 w teatrze Ateneum wystawiona zostaje sztuka autorstwa Korczaka – „Senat szaleńców. Humoreska ponura”;

„(…)na budkę z wodą sodową trzeba mieć koncesję. Legitymacje, kwalifikacje, kapitał zakładowy, kontrola”, a „rodzi każdy, kto chce i ile chce”[19]

1934 Stary Doktor wydaje „Kajtusia czarodzieja”;

„Bo pewnie jest tak, że w prawdę trzeba wierzyć, a w bajkę chce się wierzyć; w bajkę i ładny sen. I to się nazywa marzenie.”[20]

W grudniu 1934 rozpoczyna się cykl audycji radiowych Starego Doktora - Gadaninki. Zachował się maszynopis tekstu ostatniej audycji:

"Dziś Stary Doktor mówi do Was po raz ostatni na falach radiowych. Z pewnością zapytacie: dlaczego? Bo stary, sterany i bo serce od czasu do czasu robi:puk... puk. Trochę szybciej i trochę mocniej niż wczoraj, przed miesiącem, przed rokiem... A pracy dużo, bardzo dużo."[21]

W 1937 roku Korczak otrzymuje Złoty Wawrzyn Polskiej Akademii Literatury i zastanawia się nad wyjazdem do Palestyny;

"Niestety, będąc w Polsce nie wierzę, bym mógł przydać się na coś, a żyć wygodnie nie potrafię. Wstydzę się, że mam coś jeść, gdy wiem, że dzieci są głodne, i brzydzę się, gdy uśmiechnę się, gdy tyle udręczonych młodych twarzy. (...) Łudzę się może, że raźniej mi będzie właśnie z Palestyny wezwać o sprawiedliwość."[22]

W 1938 roku wydaje „Upartego chłopca”;

"»Upartego chłopca« napisałem właśnie teraz - w czasach, kiedy szał hitlerowski szerzy się wokoło. Pisałem po to, by dzieci teraz dorastające wiedziały, że są także na świecie inni ludzie, którzy poświęcili i poświęcają życie (...) nie na to, by unicestwić człowieka, lecz by wyzwolić go, żeby wzbogacić i uszlachetnić istotę ludzką”[23]

W 1939 o konieczności noszenia gwiazdy Dawida na ramieniu pisze;

"Ja nie mam nic przeciwko temu pięknemu godłu, ale przecież intencją tych, którzy każą Żydom nosić opaskę na rękawie, jest poniżenie, pohańbienie zarówno tego znaku, jak i tych, którzy go noszą."[24]

Od stycznia 1940 roku, z przerwami, pisze "Pamiętnik". Wstrząsający dokument autobiograficzny, świadectwo czasu, splot wspomnień i zamierzeń literackich, wreszcie kronika zagłady:

"I nie ma we mnie zdrowego kawałka. Zrosty, bóle przepukliny, blizna, rozłażę się, skwierczę, pracuję, żyję."

***

„Nawet podczas wojny lepiej iść prostą drogą. Lepsza jest, bo bezpieczniejsza i trudna tylko z początku”

***

„Stary jestem, ilekroć wspominam przeszłość, lata i zdarzenia ubiegłe. Chcę być młody, więc układam plan na przyszłość. Co zrobię po wojnie? Może powołają mnie do współpracy w budowie nowego ładu w świecie albo w Polsce? – Jest to bardzo wątpliwe. I nie chcę tego. Musiałbym urzędować, więc niewola przymusowych godzin pracy i kontaktów z ludźmi, jakieś gdzieś biurko, fotel i telefon. Strata czasu na bieżące, powszednie, małe sprawy i zwalczanie małych ludzi z ich małymi ambicjami, protekcjami, hierarchią, celem.”[25]

6 sierpnia 1942 Korczak, Wilczyńska, współpracownicy i dwustu wychowanków zostają wyprowadzeni z Domu na Umschlagplatz i stamtąd wysłani do Treblinki.

„Szedł przodem tego tragicznego pochodu. Najmłodsze dziecko trzymał na ręku, a drugie maleństwo prowadził za rączkę (…) Trzeba tylko pamiętać, że droga z Domu Sierot na Umschlagplatz była długa. Trwała cztery godziny. Widziałam ich, kiedy z ulicy Żelaznej skręcali w Leszno. Dzieci były ubrane odświętnie. Miały na sobie niebieskie drelichowe mundurki. Cały ten orszak kroczył czwórkami, sprężyście, miarowo, dostojnie na Umschlagplatz – na plac śmierci! Kto miał prawo wydać taki wyrok? (…) A świat milczał! A milczenie czasem znaczy przyzwolenie na to, co się dzieje...”

[opisuje ostatnią drogę Korczaka Anna Mieszkowska w książce „Dzieci Ireny Sendlerowej”]

***

"Odeszli razem, jak Janusz Korczak i jak Wilczyńska, strzegąc swych dzieci,

Gdzie by nie chcieli nawet rodzice... Sterta papierów została po nich."

["Pieśni o zamordowanym żydowskim narodzie" Icchaka Kacenelsona (przeł. Jerzy Ficowski)]

 

 

 

 

 

przypisy

 

Wpis wstawiony w ramach konkursu BLOGERZY DLA KORCZAKA


23:10, polonisty
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 15 października 2012
BLOG - próba definicji

O początkach blogu napisała Anna Gumkowska w artykule Blogi wobec tradycji diarystycznej. Nowe gatunki w nowych mediach, niestety określa ona w nim uparcie blog jako dziennik:( a że wpis w dużej mierze oparty jest na tym artykule, nie miałam sumienia zmieniać. Ale wiedzcie, że ja się z tym dziennikiem nie zgadzam! :)

Blog (ang. web log) — rodzaj strony internetowej, na której autor umieszcza datowane wpisy, wyświetlane kolejno, od najnowszych począwszy. Zwykle przy notce pojawia się data jej opublikowania i tytuł, a czytelnicy mają możliwość zamieszczania swoich komentarzy pod wpisami – tak opisują ten gatunek Anna Gumkowska, Maciej Maryl i Piotr Toczyński[1]. Blogi umożliwiają zazwyczaj archiwizację oraz kategoryzowanie wpisów, a także komentowanie wpisów przez czytelników danego blogu. Ogół blogów traktowany jako medium komunikacyjne nosi nazwę blogosfery – jak mówi nam wszystkowiedząca Wikipedia i co w sumie wiemy sami. Szukałam rzetelnej definicji terminu blog wszędzie, wiecie, tak jakoś nie ufałam temu co napisano w Wiki. Wertowałam encyklopedie, słowniki, książki – szukałam gdzie się dało. W 2011 roku, w czerwcu, gdy już składałam pracę magisterską, dowiedziałam się, że definicja blogu prawdopodobnie ukazała się w najnowszym Słowniku Oksfordzkim (Oxford English Dictionary), ale jakoś nigdzie w bibliotekach nie było najnowszego… tylko jakieś trupy z plus/minus 1980 roku:( planowałam nawet cichaczem sprawdzić w empiku czy księgarniach – nic.

Autorem terminu weblog (słowo powstało z połączenia angielskich wyrazów web ‘sieć’ i log ‘logować’) jest najprawdopodobniej John Barger, pracownik Instytutu Pedagogicznego Northwestern University. Był on twórcą jednego z pierwszych interaktywnych dzienników (Robot Wisdom). Słowa weblog użył po raz pierwszy w 1997 roku. Dwa lata później Peter Merholz zastosował wyraz blog, rozbijając termin stworzony przez Bargera na we blog (my blogujemy)[2].

Blogi wyrastają w prostej linii ze specyficznej tradycji technologicznej, która dotarła do Polski z Zachodu. Początkowo, tzn. w połowie lat 90., ich twórcami byli informatycy. Nie istniały wtedy jeszcze bezpłatne platformy, publikowanie wymagało znajomości języków programowania oraz posiadania własnego serwera. Na początku blogi nie były ani dziennikami, ani nawet spójnymi tekstami, zawierały jedynie linki do nowo powstałych stron, interesujących z punktu widzenia autora blogu. Pełniły funkcje hipermedialnego notatnika bez słów[3].

Fenomen blogowania oraz blog jako przedmiot zainteresowania opisywany jest z wielu rozmaitych, nie zawsze spójnych, perspektyw. Blog traktuje się czasem jako byt mający swe korzenie w literaturze, choć jak widać historia na to nie wskazuje. Moim zdaniem, blog powinniśmy opisywać i klasyfikować od strony technicznej i internetowej, a nie literackiej.

Powstające w niezliczonych odmianach i ilościach teksty stanowią formę publicznego istnienia nadawcy oraz pozyskiwania odbiorcy. Blogowanie to obecnie nie tylko forma korzystania z usługi dostępnej w Internecie, to moda przyjmująca wymiar fenomenu socjokulturowego. Trudno jest znaleźć sferę życia nieodzwierciedloną w blogosferze. Panuje tu pluralizm i demokracja: znaleźć można blogosfery polityczne, katolickie, mniejszości seksualnych, rodziców; piszą przeciętni ludzie i postaci z różnych dziedzin życia publicznego: aktorzy, reprezentanci show-biznesu, dziennikarze, politycy[4].

Blog jest bardziej dynamiczny, bardziej zmienny niż standardowa strona WWW, jest też czymś odmiennym od zwykłego wpisu na liście dyskusyjnej. Od produktów zwykłego dziennikarstwa, nawet tego publikowanego w Internecie, blogi różnią się bardziej osobistym i subiektywnym podejściem, bardziej zindywidualizowanym profilem. Blog nie przypomina także czatu, a to przede wszystkim ze względu na czynnik czasu: interakcja na czacie odbywa się w czasie rzeczywistym (albo raczej - jakby powiedział mój profesor od komunikacji – pozornie rzeczywistym:)). Blogi, zatem, to po pierwsze projekty autorskie (choć także kolektywne), nad których rozwojem pieczę trzyma sam zainteresowany. Po drugie, potencjalny dialog, relacja. Blogowanie nie daje się sprowadzić do komunikacji dokonywanej z pomocą poczty elektronicznej ze względu na prywatny charakter tej ostatniej oraz techniczną barierę w postaci dostępu do konta pocztowego a także konieczności korzystania z portalu pocztowego, choć niektóre portale blogowe również ustawiają „bariery” – zmuszając osobę, która chce zostawić komentarz do zalogowania się. Wreszcie standardowo rozumiane pamiętnikarstwo różni się od blogowania, przede wszystkim zachowywaną w tym pierwszym zasadą prywatności (publikacje pamiętników, jeśli już są, to dokonywane po śmierci autorów) oraz istnieniem granicy w postaci braku możliwości upubliczniania tego rodzaju zapisków [5].

Wprowadzanie w strukturę blogu zmian może prowadzić do tego, że strona przestaje być blogiem, a zaczyna funkcjonować w obszarach webhostingu – zmienia się w zwykłą stronę internetową. Anna Gumkowska twierdzi, że o różnicy między stroną WWW a blogiem stanowi „zawartość zmienna w czasie”. Jeśli na blogu zostanie wstawiony element stały, bez możliwości jego łatwej modyfikacji za pomocą edycji, blog staje się standardową stroną internetową.

Zgodnie z definicją Dave'a Winera[6], amerykańskiego autora kilku tekstów publicystycznych, blog musi spełnić cztery kryteria, skupiające się wokół czterech słów kluczowych. Blog jest:

  1. osobisty – pisany przez osobę a nie przez instytucję;
  2.  wirtualny – zazwyczaj nie jest drukowany, natomiast jest ciągle aktualizowany, a dla czytelników jest dostępny w Internecie;
  3.  publikowany i upubliczniony – w znaczeniu technologicznym i w znaczeniu udostępniania blogu czytelnikom;
  4.  częścią wspólnoty – blog nie może istnieć samodzielnie, potrzebuje publiczności

Trudno mi jakoś błyskotliwie zakończyć ten wpis. Gdy czytam te teorie, trochę się waham, trochę się zgadzam, ale pewne kwestie są (jak dla mnie) niedopowiedziane. Ale tego nie da się chyba bardziej skonkretyzować. Problemem jest to, że w tym przypadku definicję tworzymy w ten sposób, że obserwujemy ogół blogosfery i odnotowujemy typowe, powtarzające się cechy… Jeśli więc w przyszłym roku blogerzy świata zmówią się, że od tej pory każdy wpis wszyscy zaczynają słowami „mój kochany blogusiu” i każdy będzie tego przestrzegał, to stanie się to cechą konstytutywną… cóż jak na razie w definicji blogu panta rhei

 

 


[1]Gumkowska Anna, Maryl Maciej, Toczyński Piotr, 2009, Blog to…. blog. Blogi oczyma blogerów. Raport z badania jakościowego zrealizowanego przez Instytut Badań Literackich PAN i Gazeta.pl, [w:] Danuta Ulicka (red.), Tekst (w) sieci. Tekst - Język - Gatunki, Warszawa: Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne.

[2]Olszański Leszek, 2006, Dziennikarstwo internetowe, Warszawa: Wydawnictwo Akademickie i Profesjonalne.

[3]Gumkowska Anna, 2009, Blogi wobec tradycji diarystycznej. Nowe gatunki w nowych mediach, [w:] Danuta Ulicka (red.), Tekst (w) sieci. Tekst - Język - Gatunki, Warszawa: Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne.

[4][ibidem]

[5]Suska Dorota, 2007, Ekshibicjonizm blogowy jako kategoria kulturowo-językowa, [w:] Marek Sokołowski (red.), (Kon)teksty kultury medialnej, Olsztyn: Wydawnictwo Algraf.

[6]Kędzierzawski Wojciech, 2009, Mowa – pismo – druk. Słowo poddane wtórnej piśmienności a blogi internetowe, [w:] Gabriela Gańczarczyk, Piotr Grochowski (red.), Folklor w dobie Internetu, Toruń: Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika

Tagi: blog
00:47, polonisty
Link Komentarze (11) »
sobota, 13 października 2012
J.D. Robb "Celebryci i śmierć"

Ło matko! Co ja się naszukałam tytułu książki – jednej z poprzednich – do której nawiązuje akcja (!) Naznaczone śmiercią, w Polsce wydano w marcu 2008 – od tego czasu wydano jeszcze 12 tomów przygód Eve Dallas (plus 6 opowiadań, ale u nas nie tłumaczą wszystkich opowiadań). We wrześniu tego roku ukazał się 35 tom – Celebryci i śmierć.

     Ja u siebie nie znalazłam wpisu dotyczącego Naznaczonych - czasem zastanawiam się czy nie powinnam prowadzić ewidencji przeczytanych książek – znam panie, które skrupulatnie notują tytuły w notesikach (w kolejności alfabetycznej). Ja mam pamięć wzrokową i pamiętam okładki – tytułów prawie nigdy:(

    Jedynym mankamentem tej książki jest to, że autorka przelała cechy ofiary na mordercę, zupełnie płynnie. W pierwszej połowie dowiadujemy się, jak złą, perfidną manipulatorką była zamordowana, a gdy poznajemy mordercę, okazuje się, że on również od lat manipulował ludźmi z otoczenia (z tą różnicą, że on usuwał niewygodne „przeszkody”). I tak na początku pałamy niechęcią do ofiary, a później, prawie nie zmieniając powodów, zaczynamy nie lubić zabójcy...

  W najnowszej powieści Nory Roberts (J.D. Robb) wracamy do sprawy dr. Icove’a. Ale z ręką na sercu, nie pamiętam za bardzo, o co tam chodziło:( Przypominamy sobie tamtą sprawę (albo i nie), dlatego że przyjaciółka Eve, Nadine, która jest dziennikarką, napisała na podstawie tamtych wydarzeń książkę a teraz wytwórnia filmowa kręci film o morderstwach, klonach i o Eve. Nasi bohaterowie stają oko w oko z aktorami grającymi ich role. Podczas przyjęcia wydanego na cześć bohaterów wstrząsających wydarzeń i na cześć aktorów, ginie aktorka odtwarzająca rolę Peabody – partnerki Dallas. W przeciwieństwie do Delii, K.T. Harris uważana jest za straszą jędzę i każdy, kto miał z nią do czynienia, w duchu życzył jej śmierci. Jest raczej pewne, że mordercą jest uczestnik przyjęcia. Problemem zaś jest to, że zbrodnia ociera się o świat bogatych i sławnych a podejrzanymi są m.in. aktorzy. Ze starcia z mordercą Eve wychodzi bez jednego nawet zadrapania, udaje jej się też nie zniszczyć żadnej sztuki odzieży – kosztownej odzieży. Co jest u niej niespotykanym wydarzeniem. Zazwyczaj Dallas dostaje niezłe manto, paćka krwią i innymi płynami ustrojowymi buty i szarpie sobie wdzianko. Tym razem jednak nasza pani porucznik uważa na siebie, gdyż nosi otrzymaną od mężusia kurteczkę, tak piękną, że wszystkie baby chcą ją pomacać :)

 

Polecam niezmiennie:)

poniedziałek, 08 października 2012
BLOG

Wpis będzie długi, sorry. Wyjaśnię tylko jeszcze, że pracę pisałam w Zakładzie Tekstologii i Gramatyki Współczesnego Języka Polskiego i ze strony pani promotor usłyszałam w zasadzie tylko jedno upomnienie dotyczące używanych słów, mianowicie chodziło o to, by pisać blogu a nie bloga. A przy całej reszcie mogłam szaleć do woli, dlatego zobaczycie tu wszelkie odmiany słowa blog, jakie tylko wam się śniło; blogować, blogger (z angielska) i bloger/blogerka, blogowicz, blogosfera i blogowisko. Nie wymyślałam ich sama, tylko radośnie powtarzałam to, co zasłyszałam i przeczytałam:)

 

       Blog jest nową i, pod pewnymi względami, odmienną formą komunikacji, która zdobywa coraz większą popularność. W Polsce opinia publiczna zainteresowała się blogowaniem dopiero w ostatnich latach, w dużej mierze na skutek wykorzystywania blogów przez znane osoby życia publicznego. Wielość form tego gatunku powoduje, że trudno jest sformułować precyzyjną definicję blogu.

     Choć blogi wciąż bywają nazywane internetowymi pamiętnikami, to blogowanie nie sprowadza się do form diarystycznych. Blog nie jest internetową odmianą dziennika czy pamiętnika. Jeśli ktoś chce się ze mną kłócić w tej sprawie, to proszę bardzo, zaraz wygrzebię fragmenty definicji dziennika i pamiętnika oraz cechy tych gatunków:) Danah Boyd uważa, że określenie blogów jako dzienników internetowych, jest skierowane do nowych, nieznających rzeczywistości sieciowej czytelników, którym trzeba w zrozumiały dla nich sposób wyjaśnić, czym jest blog.

      Nie chcę nikogo zanudzać teoriami językoznawczymi, ale strasznie kusi mnie by wspomnieć co nieco o gatunku i genologii. Otóż Michał Bachtin[1], twórca pojęcia „gatunek mowy”, twierdzi, iż ludzie na co dzień posługują się gatunkami - mówiąc. Bogactwo i różnorodność gatunków są tak ogromne, gdyż połączone są z możliwościami wielorakich działań człowieka. Do gatunków zaliczyć można zarówno dialog jak i potoczną opowieść, list, krótki rozkaz wojskowy, szczegółowe polecenie, zbiór dokumentów służbowych i wielokształtny świat publicystyki. Ogrom gatunków bierze się stąd, iż zmieniają się one w zależności od sytuacji, pozycji społecznej i osobistych stosunków między partnerami porozumiewania się. Posługiwania się tymi gatunkami uczymy się tak, jak uczymy się mówić, przyswajamy gotowe wzorce wypowiedzi – osłuchujemy się.

      Współcześnie zaobserwować możemy zacieranie się granic między literaturą a gatunkami praktycznymi. Najbardziej widoczne jest to we współczesnej praktyce tekstotwórczej. Zaobserwować możemy np. przemieszczanie się wypowiedzi eseistycznych, form autobiograficznych czy dokumentu w stronę literackości. Bożena Witosz[2] zauważa, iż pod wpływem presji wywieranej przez gatunki praktyczne, gatunki literackie zmieniają swą strukturę. Nawet w grupie gatunków naukowych można dostrzec zbliżenia do literatury, subiektywizację wypowiedzi naukowej, porzucenie suchego, naszpikowanego terminami języka, na rzecz wypowiedzi bardziej swobodnej i potocznej. Właśnie takie zmiany - w obrębie wyznaczników gatunkowych - umożliwiają proces zacierania się gatunków.

       Komunikacja masowa – ułatwiona niebanalnie przez internet i telefony komórkowe z dostępem do sieci, oraz proces przemian społeczno-kulturowych, przyczyniają się do przeobrażeń także językowych. Zacierają się granice między komunikacją potoczną a „kulturalną”. Zmiany te prowadzą do powstania odmian i pododmian mieszanych. Wielki wpływ na owe zmiany mają tzw. „nowinki techniczne”. Do nowopowstałych gatunków zaliczyć można m.in. SMS, e-mail, czat, forum, blog, talk-show, reality-show. Nowe formy przejmują często funkcje starych gatunków, wnoszą jednak sporo nowego do „tradycyjnych” form tekstowych. Wzrasta rola nie tylko odbiorcy – jako anonimowego czytelnika, który „gdzieś tam jest”, ale i jego aktywności, tworzy się związek z maszyną, czyli medium a nie człowiekiem, anonimowość w sieci pozwala na prowadzenie gry z tożsamością. Pośpiech również odciska swe piętno na gatunkach tekstowych. Powoduje skrótowość tekstu i wprowadzanie do zapisu odpowiednich znaków – ideogramów, zastępujących fragmenty tekstu.

Internet i inne media zmieniły trochę nasz sposób myślenia. Według pokolenia „urodzonego z komputerem”, książka nie jest już osią naszej cywilizacji. Obok tekstów „papierowych” zaczynają więc równolegle funkcjonować teksty, których nie sposób przedstawić w formie drukowanej, jak np. blog. Zaznaczyć jednak należy, iż podjęto już próby „wydrukowania blogu”, wiem o co najmniej dwóch blogach wydanych w formie książek. Czy to nadal blog? Nie sądzę. Jak sami się możecie domyślić, wydrukowano bez komentarzy.

      Zdaniem Jana Grzeni[3], opisując gatunki internetowe, należy uwzględnić czynniki techniczne oraz właściwości komunikacji internetowej, będące rezultatem zastosowania technologii. Technika umożliwia nam przecież powielanie i szybkie rozprzestrzenianie tekstów, co ma duży wpływ na ukształtowanie się „formy” tekstów internetowych, jako że to użytkownicy ustalają w tym przypadku, jak powinien wyglądać np. blog, jakie cechy są najbardziej pożądane. Największym novum, odróżniającym gatunki tradycyjne od internetowych, jest zastosowanie hipertekstu, czyli umieszczania w witrynach internetowych hiperłączy do różnych tekstów. Co więcej? Np. tradycyjne teksty drukowane stanowczo rozdzielają role nadawcy i odbiorcy. Teksty internetowe zaś, ze względu na łatwość ich tworzenia i publikowania, miewają często autora i wydawcę w jednej osobie, a odbiorca umieszczający komentarz automatycznie staje się nadawcą. Innymi ważnymi właściwościami komunikacji w sieci są: możliwość automatyzacji tworzenia tekstów, ograniczenie zasobu znaków i symboli do klawiatury (stopniowo przezwyciężane), interaktywność oraz multimedialność.

    Jakie jeszcze gatunki internetowe wyodrębnia Jan Grzenia w swojej książce? Biuletyn elektroniczny, blog, FAQ – poradnik, formularz elektroniczny, gry tekstowe, komentarz, księga gości, list elektroniczny (prywatny i publiczny), pogawędka - publiczna (wywiad) i prywatna, stopka redakcyjna, sygnatura (wizytówka elektroniczne), wątek (w forum dyskusyjnym, w grupie, liście dyskusyjnej).

Poza tym pan profesor wyróżnia struktury ponadgatunkowe, które nazywa hybrydami gatunkowymi (e-zine, gazeta elektroniczna, książka elektroniczna, portal, witryna WWW) oraz formy tekstowo-graficzne stanowiące adaptację gatunków pozainternetowych. I tak na serio, to chciałam pisać PM o tych formach tekstowo-graficznych, ale nie wyszło:(

 

 

 

 

 

 

 

[1]Bachtin Michał, 1986, Estetyka twórczości słownej, Warszawa: Państwowy Instytut Wydawniczy.

[2]Witosz Bożena, 2005, Genologia lingwistyczna. Zarys problematyki, Katowice: Wyd. Uniwersytetu Śląskiego.

[3]Grzenia Jan, 2006, Komunikacja językowa w Internecie, Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN.

Tagi: blog
00:17, polonisty
Link Komentarze (6) »
niedziela, 07 października 2012
Charlaine Harris "Prawdziwe morderstwa"

Trzy książki zwróciły ostatnio moją uwagę. Dwie autorstwa Heather Graham i jedna Charlaine Harris. Graham przyniosłam z biblioteki a Harris otrzymałam od Krainyczytania, której recenzję znajdziecie tutaj.

Rajska pokusa (swoją drogą, co za tytuł;)) i Klątwa kanionu – ta sama autorka, inny tłumacz. Tej pierwszej nie da się czytać, druga jest w porządku. Gdybym wcześniej nie czytała niczego autorstwa tej pani, to po Rajskiej pokusie pewnie już bym nie przeczytała. Ja się dziwię, jak można dopuścić taką książkę do druku, literówki biją w oczy już na samym początku, dziwnie przetłumaczone, niegramatyczne, bez sensu zdania… Przykre.

Prawdziwe morderstwa Charlaine Harris też mnie trochę rozczarowały. Byłam ciekawa tej książki, z uwagi na przeczytaną już przeze mnie serię o Lily Bard (tak, przeczytałam wszystko, co było przetłumaczone). Niestety poziom jest nierówny. Coś jest nie tak z książką o Aurorze Teagarden i nie chodzi tu nawet za bardzo o fabułę, ale o sposób napisania – a może tłumaczenia? Nie chcę zwalać winy na tłumacza, bo nie jestem anglistą, ale tu pewne zwroty wydawały się przetłumaczone zbyt dosłownie – tak jakby dosłownie przetłumaczyć metaforę, albo przysłowie, nie znane nam Polakom. Pewne zdania nie pasowały, były jakby bez sensu… A niektóre wyrazy i zdania wprost powalały… moim faworytem są „wymięte usta” – jak wyglądają wymięte usta? Jak ktoś wie, to foto proszę:)

Albo taki fragment: Pomyślałam jednak, że Perry Allison naprawdę ma węże w głowie i częste telefony jego matki do biblioteki mają na celu sprawdzenie, czy wszystko jest w porządku. Sally Allison wiedziała o tych wężach i bała się, że mogą się wyśliznąć przez coraz większe dziury w stanie psychicznym Perry’ego. Węże wyślizgujące się przez dziury w stanie psychicznym… ta metafora mnie przerasta, widocznie zbyt proste ze mnie dziewczę…

Podobało mi się za to, że akcja toczyła się wokół książek, a wszystko opierało się na znanym i lubianym motywie „morderca jest wśród nas”. Co prawda Aurora nie dysponuje żadnym atutem w walce z mordercą, ani nie zna sztuk walki, by skopać komuś tyłek, ani nie jest jakimś hakerem, słabo jej idą przesłuchania i szukanie śladów, ale chyba w tym jej urok. Te jej „ułomności” dodawały dramaturgii, ponieważ, gdy bohaterka wpadła w tarapaty i wróg okładał ją kijem golfowym, zaczęłam się poważnie obawiać, że to już jej koniec… Aurora niestety sama by się raczej nie ocaliła:) Ta książka to taki trochę powrót do przeszłości. Tu nie króluje internet ani DNA, CSI, FBI czy inne UFO, tylko stare metody śledcze; szukanie, patrzenie, pytanie. Chociaż z tym szukaniem i patrzeniem też trochę cienko - Aurora i pisarz znajdują narzędzie mordu przez przypadek, kiedy mężczyzna wiąże sobie but (policja miała buty na rzepy, więc siekiery nie znalazła).

    Aurora Teagarden, bibliotekarka, należy do klubu miłośników zbrodni – Prawdziwe Morderstwa. Co miesiąc uczestnicy omawiają i analizują jakieś morderstwo. Akurat przypada kolej Aurory, by wygłosić wykład o zabójstwie kobiety, żony agenta ubezpieczeniowego zatłuczonej młotkiem. Możemy się domyślić, jaki szok spotyka członków klubu, kiedy Aurora znajduje ciało jednej z uczestniczek spotkań – żony agenta ubezpieczeniowego, również zatłuczonej młotkiem. Ktoś wyraźnie naśladuje zbrodnię sprzed lat. Policja przesłuchuje wszystkich klubowiczów, ale nie znajduje podejrzanego. Za to giną kolejne osoby, których śmierć wzorowana jest na głośnych sprawach morderstw z przeszłości. Pechowo Aurora znajduje się zawsze w centrum wydarzeń. Czy fakt, że ktoś przysłał jej zatrute czekoladki, odsunie od niej podejrzenia? O względy bibliotekarki starają się dwaj mężczyźni; policjant – członek klubu i pisarz – autor kryminałów, posiadacz wymiętych ust.

Zakończenie jest zaskakujące. Ja osobiście nie zgadłam, kto zabija.

Ale z czystym sercem nie umiem tej książki polecić:(

środa, 03 października 2012
Brenda Novak "Zaufaj mi"

Zaufaj mi to pierwsza część tryptyku o którym już pisałam.

Nie zawiodłam się, ta jest równie dobra, co część druga. Może tylko koniec jest za szybki, tak rach-ciach i morderca nie żyje. Mógłby się jeszcze trochę poczaić na ofiarę, trochę ją pomęczyć psychicznie. Skoro przez lata nikt nie podejrzewał, że ma mordercze skłonności, to znaczy, że był sprytny i przebiegły a na końcu tak jakoś szybko „wpadł”. Co ciekawe, akcja nie skupia się tylko wokół bohaterki, w zasadzie ważni są wszyscy uczestnicy. Obserwujemy jak jedno zdarzenie wpływa na życia ludzi - nawet pozornie ze sobą niezwiązanych. A najdziwniejsze jest to, że wszyscy mają pretensje do Sky, nie do mordercy. To Sky jest obwiniana o zaburzenie panującej harmonii, to ona rozbiła małżeństwo, oskarżyła szanowanego dentystę, założyła fundację i utrudnia pracę policjantom, nie dała się zabić...

Sky Kellerman przeżyła atak mordercy gwałciciela, przeżyła dzięki nożyczkom, leżącym na szafce przy łóżku. Bezczelny morderca zakradł się do jej pokoju, i mimo obecności w domu współlokatorki, próbował zgwałcić i zamordować Sky. Dziewczyna obroniła się przy pomocy nożyczek. Policjanci podejrzewali, że Olivier Burke odpowiedzialny jest jeszcze co najmniej za trzy zabójstwa, jednak nie byli w stanie niczego mu udowodnić. Burke został skazany na osiem lat za napaść na tle seksualnym na Sky. Po trzech latach policja i Sky dowiadują się, że przestępca ma zostać wypuszczony za tydzień, w nagrodę za współpracę – zeznawał przeciwko współwięźniowi. David – nieszczęśliwie zakochany w Sky policjant, za wszelką cenę chce znaleźć jakieś dowody przeciwko Olivierowi. Jednak dzień powrotu Burke’a na wolność się zbliża a on nie znajduje żadnych tropów. Sky, która przez te trzy lata próbowała nauczyć się żyć ze strachem; nauczyła się walczyć i posługiwać bronią, coraz gorzej znosi oczekiwanie i niepewność, tym bardziej, że ktoś zaczyna ją prześladować. Kobieta narobiła sobie wrogów pracując w fundacji dla ofiar przestępstw Na Śmierć i Życie, ale sprawcą może też być ktoś wynajęty przez Burke,a. Policja nie może znaleźć żadnych nowych tropów a rodzina i przyjaciele Olivera Burke’a nigdy nie wierzyli, że mógłby on kogokolwiek zaatakować.

Sky jest równie nieszczęśliwie zakochana w Davidzie, co on w niej. David ma byłą żonę i synka. U żony niedawno wykryto stwardnienie rozsiane i mężczyzna ma wyrzuty sumienia, że chce odejść do Sky i zostawić byłą żonę samą, na śmierć. Na szczęście kobieta, która od jakiegoś czasu zaczęła się dziwnie zachowywać (choroba, odejście męża źle wpłynęły an jej psychikę), wynajęła płatnego zabójcę, by zastrzelił Sky a winę zwalił na Burke’a. Lynnette zostaje aresztowana za zlecenie zabójstwa i trafia za kratki, co rozwiązuje problemy Davida:) - rozwiązanie tego wątku bardzo mnie rozczarowało, moim zdaniem to pójście na łatwiznę. Najlepiej zamknąć niewygodną żonę w więzieniu, ani nie będzie domagać się opieki nad dzieckiem, ani stwarzać innych problemów...

 

 

Na koniec trochę z innej beczki. Zaczęłam się zastanawiać nad serią nuuuudnych wpisów dotyczących blogu (dużo teorii, nazwisk i słów, których nie zna mój program tekstowy). Jest więc możliwe, iż niedługo pojawiać się tu będą posty niedotyczące książek. Niezainteresowani mogą z czystym sumieniem omijać te wpisy:)

13:55, polonisty
Link Komentarze (5) »
niedziela, 30 września 2012
J. R. Rain "Amerykański wampir"

Wampir do wynajęcia - cykl, jak każda dobra telenowela brazylijska, kończy się w najciekawszym momencie:)

To nie jest tak, że mi się wydaje, że każda książka musi mieć jakieś przesłanie, czy czegoś uczyć, ale w przypadku tej konkretnej, coś zaczęło mnie niepokoić. Z każdą kolejną częścią ten cykl robi się coraz dziwniejszy. Tak w skrócie, to kuleje w nim "moralność". Może chodzi o to, że Samantha staje się potworem? Nasza pani detektyw nie zerwała znajomości z wilkołakiem, który ostatnio złożył jej wizytę w swojej włochatej formie, cuchnąc jeszcze dopiero co wyżartym z grobu nieboszczykiem. Wilkołak ten, poza czasem pełni, jest wziętym adwokatem, który pomaga mordercom i socjopatom uniknąć więzienia. Sam nie zrywa także kontaktów z Kłem, internetowym przyjacielem i powiernikiem, mimo iż dowiaduje się, że jest on mordercą, że śledzi ją i obserwuje, bo chce być zmieniony w wampira. Już pomijam fakt, że Luna zaczyna osobiście wymierzać sprawiedliwość, ale ona na serio zastanawia się, czy nie zamienić w wampira swego syna, co jej zdaniem jest jedynym lekarstwem mogącym uratować mu życie… Toleruje wilkołaka, którego mroczna natura wynika z wyboru zła, który pracuje dla morderców, zdobywa dla niej ludzką krew – skąd? Czy robi to dlatego, że on jest ciepły, a ona przeniknięta trupim zimnem i lgnie do ciepła? Tylko dlatego? A ten Kieł? Zabił trzy osoby, ma obsesję na tle wampirów, chce być jednym z nich. Śledził ją, obserwował… wie gdzie Luna mieszka z dziećmi. Czy to, że i ona ma na sumieniu dwie osoby, może być jakimś wytłumaczeniem? Solidarność zabójców? Sama Samantha zauważa, że staje coraz bardziej obojętna, zimna, już nie wstrząsają nią widoki ciał, nauczyła się zadawać ból.

     Do Sam dzwoni mała dziewczynka i prosi o pomoc. Mówi, że zły pan, który zastrzelił jej mamę, robi jej krzywdę. Dziewczynka rozłącza się, gdy ktoś wchodzi do pokoju. Luna natychmiast rozpoczyna poszukiwania. Niestety, w tym samym czasie jej synek zapada na tajemniczą chorobę. Sam musi dzielić swój czas na poszukiwania dziewczynki i na czuwanie przy łóżku umierającego synka. Szuka pocieszenia i informacji w ramionach wilkołaka i Kła, internetowego przyjaciela, którego ostatnio spotkała „w realu”. W poszukiwaniu małej Maddy, Luna nie cofnie się przed użyciem swoich wampirzych mocy. Czy i aby ratować syna, posunie się tak daleko? Luna zastanawia się, czy mogłaby przemienić go w wampira a po wyzdrowieniu odmienić z powrotem, posługując się tajemniczym medalionem, który jest w jej posiadaniu. Moc medalionu może być tylko legendą a wtedy ośmioletni syn Samanthy stałby się potworem już na zawsze. Dodatkowo zdradziecki mąż naszej pani detektyw zaczyna podejrzanie miło się zachowywać.

     Książka kończy się na tym, że Luna podejmuje decyzję dotyczącą syna, ale niestety nie wiemy jaką. Pewnie go przemieni, będzie o czym pisać w kolejnej części. Podczas śledztwa, Sam spotyka szereg podejrzanych i tajemniczych postaci, z których dwoje to wampiry, kilkoro to duchy, a jeden facet jest tak tajemniczy, że autorka nie uchyla nam nawet rąbka tajemnicy, kim on jest:) Jakiś leciwy detektyw, który pomaga w poszukiwaniach i o którym bohaterowie podejrzliwie mówią - „to on?”

Jestem ciekawa kolejnych części, czy demoralizacja Samanthy będzie postępować. Polecam, bo mimo iż tematyka oklepana, to jednak ujęcie całkiem nowatorskie.

 

Luna

Księżyc i wampirzyca


A tu macie wywiad ze mną na blogu Książek Zbójeckich:)

Tagi: J R Rain
17:24, polonisty
Link Komentarze (3) »
środa, 26 września 2012
Gaja Kołodziej "Dar"

Trafiłam na paranormalną książkę dla młodzieży. Przypadkiem.

Z wydawnictwem Lucky to ja mam zgryz już od dawna. Oni stawiają chyba na literaturę młodzieżową, i chwała im za to. Ale jak się rozpoczyna serię, to wypadałoby ją skończyć… w miarę szybko, a nie cykać częściami co 2 lata! Mówię tu o serii Christiny Dodd – Wybrańcy ciemności.

Po przeczytaniu pierwszego rozdziału Daru, byłam pewna, że nie dam rady. Przede wszystkim dlatego, iż bohaterka zwraca się tam bezpośrednio do NAS i opowiada o swym przekleństwie. Mam dar – mówi. Słyszę WASZE myśli. Jestem dziwolągiem. WY nie wiecie, że WAS słyszę, a myśli macie ohydne, głupie i kosmate! Ta liczba mnoga mnie denerwowała, co kazało mi się zastanowić nad sobą, bo ja też używam tu czasem takich zwrotów. No i serio? Zawsze MAMY takie głupie myśli?

Z nastaniem nowego dnia wstąpiły we mnie nowe siły i podjęłam z powrotem wyzwanie. Jakoś poszło, choć poza DAREM nic więcej się działo. I to w sumie duży plus dla autorki. Ja może jestem już za stara na takie książki, zepsuta lekturami thrillerów i sensacji, ale tu, poza dylematami moralnymi, typu; czytać cudze myśli, czy nie czytać, nic się nie działo, a autorka potrafiła zatrzymać czytelnika, stworzyć ciekawe i wiarygodne, choć trochę jednowymiarowe postacie, utrzymać pewien rodzaj napięcia i ładnie zbudować nastrój. Cofam się pamięcią do mej młodości i staram się przypomnieć sobie, czy to standard, opierać książki dla młodzieży wyłącznie na emocjach i chyba tak, większość moich ulubionych była właśnie o uczuciach. Inna rzecz, że bohaterowie mają tak ok. 18 lat, więc szaleństwa hormonów powinny już chyba u nich pomału się uspakajać. Ja rozumiem, że Kora ma swój kodeks moralny i nie czyta myśli przyjaciół, ale chyba nawet z obserwacji mogłaby się dowiedzieć, które z jej przyjaciół jest zakochane i w kim… zwłaszcza jeśli jest to para najbliższych jej przyjaciół, z którymi spędza całe dnie. Bo też natrętnie dopadała mnie myśl, że może oni wcale nie myślą, dlatego ona ich nie słyszy…

Książka w głównej mierze skupia się właśnie na tych myślach. Kora ma swój własny kodeks moralny, zabraniający jej naruszania cudzej prywatności. Denerwowało mnie to, że ona oceniała ludzi i potępiała ich za ich myśli. Tak jakby jej nigdy nie zdarzyło się spojrzeć z zazdrością na włosy czy pupę dziewczyny w metrze, albo nabluzgać w myślach na kogoś, kto jej podpadł… No i w ogólnym rozrachunku, książka uczy nas, że jeśli mamy DAR i czytamy w myślach obcym i znajomym, albo odczytujemy ich nastroje, to nie powinniśmy się krępować, powinniśmy korzystać z talentu, co by się nie marnował… Tak, taki wniosek właśnie.

    Kora po śmierci matki zamieszkuje u ciotki i wujka w Warszawie. Dziewczyna ma dar czytania w ludzkich myślach, stara się jednak nie korzystać z tego talentu. Jest wyobcowana i stroni od ludzi, nie tylko z powodu tragedii, jaka ją spotkała, ale i dlatego, iż chce się odgrodzić od chaosu bombardujących ją cudzych myśli. Kora ma dwoje najlepszych przyjaciół; Asię, która jest tak prostolinijna, że nigdy nie kłamie, i Teodora, który ma jakiś tajemniczy sposób, by nie myśleć w towarzystwie Kory. Ciotka i wujek mają dwoje własnych dzieci – Gosię vel Krwawą Małgorzatę, rówieśniczkę Kory, oraz dziewięcioletnią Marysię. Gosia to królowa szkoły i przyszła Miss Świta, która za cel postawiła sobie zniszczyć życie Kory. Zbliżają się urodziny Asi i przyjaciele zastanawiają się co kupić dziewczynie. Teo chce spełnić jej najskrytsze marzenie i aby to osiągnąć namawia Korę, by podsłuchała myśli przyjaciółki. Kora uważa, że to nieetyczne, ale się zgadza. Okazuje się, że nieśmiała dziewczyna zakochana jest w chłopaku Gosi, przystojnym, wysportowanym i pustogłowym kapitanie drużyny koszykarskiej – Michale. Teo, który dla odmiany zakochany jest w Asi, chce altruistycznie umożliwić ukochanej spotykanie się z wymarzonym chłopakiem. To wymaga dalszego czytania w myślach. Do szkoły przychodzi nowy uczeń, boski i bogaty Eryk Nil, za którym od pierwszego dnia zaczynają latać wszystkie dziewczyny, ale nie Kora. Ona czuje do nowego ucznia niepohamowany wstręt. Eryk zaś bardzo interesuje się właśnie Korą, jest jednak przekonany, że ona kocha Teo. Po kim Kora odziedziczyła Dar, czy Gosia zniszczy życie kuzynki i kto kogo kocha, dowiecie się, gdy przeczytacie…

I nie myślcie o głupich rzeczach, bo a nuż ktoś podsłuchuje!

poniedziałek, 24 września 2012
Maja Kotarska "Ostrożnie z marzeniami"

Jak pozbyć się niechcianego lokatora? Wystarczy odrobina cierpliwości, szczypta pomysłowości i jedna starsza pani w drewniakach.

Jak Sabina - starsza pani, wyprasza lokatorów? Sadzi pod oknami cuchnącą roślinę, niszczy trawnik środkiem chwastobójczym, subtelnie przemeblowuje mieszkanie „lokatora” wzbogacając wystrój o dodatki z piwnicy; stary śmierdzący dywan, zatęchłą kołdrę, wyliniałe, śmierdzące naftaliną futerko, kuwetę z niewymienionym kocim żwirkiem. Maluje schody śmierdzącą i toksyczną farbą, nakazując „majstrowi” malować nie więcej niż trzy schody dziennie, zalewa łazienkę, oplotkowuje u wszystkich sąsiadów, robiąc z lokatora oprawcę bezbronnych staruszek, niszczy samochód, zaprasza sąsiadki na lekcje flamenco w drewniakach, stuka w środku nocy szczotką w okno, karmi kota surową rybką, po której kot rzyga jak… kot. I realizuje wiele innych ciekawych pomysłów.

A jak lokator, a właściwie lokatorka, walczy z prześladowaniami? Wcale.

I tu właśnie pies pogrzebany. Bohaterka – Agnieszka, to taka lama, że aż mi ciśnienie podnosiła. Musiałam tę książkę czytać na zmianę z inną, uspokajającą, bo się złościłam na bierną dziewuchę. Ale po zastanowieniu, sama nie wiedziałam, co bym zrobiła z taką sąsiadką. Przecież bym nie strzeliła staruszki w pysk, ani nie wytarmosiła za włoski. Jak walczyć z diabelską starowinką o spojrzeniu kota ze Shreka???

Agnieszka dostaje spadek po nieznanym wuju. Matka Agnieszki ostrzega córkę, że po znienawidzonym krewnym nie należy spodziewać się niczego dobrego. Jednak dziewczyna słucha głosu rozumu, a nie przeczuć matki i przyjmuje spadek, którym jest parter poniemieckiej kamienicy. Piętro tej kamienicy zajmuje teściowa zmarłego spadkodawcy. Sabina nienawiść do zięcia automatycznie przenosi na nową współlokatorkę i postanawia pozbyć się jej. Aby osiągnąć cel, babcia nie cofnie się przed niczym, nawet przed współpracą z bandytami prześladującymi Agnieszkę. Bandyci myślą, że Aga wie, gdzie ukrywa się Radek, były współpracownik, który postanowił szantażować mafiosów. Dziewczyna nie ma o tym pojęcia, ale bandyci jej nie wierzą i brutalnie starają się wyciągnąć z niej informacje. Agnieszka nie może im powiedzieć czegoś, czego nie wie, jednak złoczyńcom udaje się to, czego nie osiągnęła Sabina – Aga ucieka z koszmarnego domu, gdzie panoszą się bandyci i Sabina. Czy pojawi się jakiś rycerz na białym koniu i uratuje damę w opałach…? Nie.

Niezła książka, choć denerwująca z uwagi na nieporadność głównej bohaterki. Najlepiej - najdokładniej przedstawiona jest tu Sabina. Wątek sensacyjny i romansowy mógłby być bardziej rozbudowany, bo działania Sabiny zdominowały całą akcję:)

Ale ładna okładka, nie?

20:32, polonisty
Link Komentarze (6) »
czwartek, 20 września 2012
Kerrelyn Sparks "Ja cię kocham a ty śpisz, wampirze"

Dobijam wampiry, tzn. kontynuuję serię Kerrelyn Sparks. Zauważyłam, że tytuły tej serii parafrazują tytuły znanych filmów i książek, ale niektóre polskie zupełnie nie zgadzają się z oryginałami… All I want for Christmas is a vampire, to Ja cię kocham a ty śpisz, wampirze (ostatni wyraz się zgadza…).

Ta część jest dużo mniej śmieszna niż wcześniejsze. Nawet wydaje mi się, że autorka nie miała już pomysłu na książkę. Po prostu ciągnęła dalej temat z poprzedniej powieści, czyli jak to wieczny, zły, krew pijący wampir może być (kochać i się ożenić i być wierny) z kobietą, która zaraz się zestarzeje i umrze. Typowe do bólu. Jedynym novum jest starzejący się wampir. Ian został przemieniony w wampira w wieku piętnastu lat i z wyglądem piętnastolatka „przeżył” lat pięćset. I miał tego dość. Kiedy więc jego szef, Roman, wynalazł specyfik pozwalający wampirom nie zasypiać w ciągu dnia, ale za to postarzający przyjmującego go o rok, Ian nie wahał się. Przyjął dwanaście dawek i z piętnastolatka, stał się dwudziestosiedmiolatkiem. Wampir bardzo chciałby dowiedzieć się, jak teraz wygląda, ale niestety, nie odbija się w lustrze. Ale na zdjęciach wychodzi! ;) kiedy już wygląda jak mężczyzna, postanawia znaleźć sobie kobietę. Przyjaciółka zamieszcza w jego imieniu profil na portalu randkowym i rozpętuje się piekło. Tysiące kobiet, znęconych atrakcyjnym wyglądem i profilem Iana, szturmuje jego dom i nęka go telefonami.

      Sabrina, przyjaciółka Toni, zostaje brutalnie napadnięta w parku. Kobieta twierdzi, że zaatakowały ją wampiry, lekarze stwierdzają więc, iż Sabrina, w wyniku przeżytego szoku, ma problemy psychiczne. Toni chce pomóc przyjaciółce, udowodniając, że dziewczyna nie myliła się, chce znaleźć dowody na to, że wampiry istnieją. Idzie do parku i także zostaje napadnięta, ale z pomocą przychodzi jej dzielny Szkot - też wampir, ale dobry. Kobieta zatrudnia się w kamienicy Romana (władcy dobrych wampirów), jako dzienny strażnik, nie ma jednak pomysłu, jaki dowód potwierdzi istnienie wampirów. Zdjęcie w trumnie raczej odpada. Do kamienicy przybywa Ian i między nim a Toni od razu zaczyna iskrzyć. Cóż z tego, skoro wampir od razu zapowiedział, że na swą partnerkę życiową mógłby wybrać tylko kogoś ze swego gatunku. Dodatkowych problemów dostarcza też wuj Sabriny, psychiatra, który zabiera siostrzenicę do szpitala psychiatrycznego, by przejąć władzę nad jej funduszem powierniczym. W tej części pojawia się po raz pierwszy Carlos Panterra, czyli zmienny przybierający postać… pantery oczywiście… Jakby tego było mało Malkontenci dowiadują się o specyfiku i chcą go zdobyć, by w dzień wymordować wszystkie śpiące wampiry. Aby to osiągnąć, próbują porwać Iana, albo kogokolwiek ze świty Romana.

Wampiry to mają trudne życie. Chociaż u Sparks, to całkiem dobrze im się wiedzie, piją syntetyczną krew o smaku coli lub piwa (lub każdym innym smaku), mają swoją telewizję kablową DVT (Digital Vampire Television) a tam telenowele takie jak Moda na krew i fajne reklamy… np. miętówek na krwisty oddech;)

Może następne  części będą śmieszniejsze, bo ta mnie trochę rozczarowała...

niedziela, 16 września 2012
Jayne Ann Krentz "Miedziana plaża"

Dziś mamy książkę paranormalną. To kategoria przyznana przeze mnie. A to dlatego, iż naprawdę ciężko połapać się w tych wszystkich cyklach tej autorki. Na swój własny użytek, dzielę książki Jayne Ann Krentz na paranormalne historyczne, paranormalne współczesne, zwykłe romanse i fantastyczno-futurystycze.

Na początku, chyba muszę trochę popisać o autorce. Aż dziw, że ta pani pojawia się tu dopiero teraz. Chyba dlatego, że obiecałam sobie, jak najmniej pisać tu o romansach historycznych. W świecie książkowym autorka ta występuje w siedmiu osobach, ja znam ją pod trzema pseudonimami – Jayne Ann Krentz, Amanda Quick, Jayne Castle. Jayne Ann Krentz – książki współczesne, Amanda Quick – romanse historyczne, Jayne Castle – paranormalne, trochę z przyszłości, trochę z rzeczywistości alternatywnej/fantasy. Pozostałe nazwiska to: Jayne Taylor, Jayne Bentley, Stephanie James, Amanda Glass.

Te książki ewidentnie nie są dla każdego. Co więcej, zauważam, iż, im więcej ich wychodzi, tym te książki są dziwniejsze, nawet ja przestaje je czasem ogarniać. Część akcji dzieje się w wieku XIX w Anglii, a część w czasach współczesnych w USA. Czyli część książek znajdziemy pod nazwiskiem Quick, a część pod nazwiskiem Krentz. Przeszłość i teraźniejszość łączą się, np. poprzez występowanie tych samych rodów – potomkowie tych XIX-wiecznych bohaterów, albo „gadżetami” – np. przedmioty kumulujące i wzmacniające paranormalną energię. Przy czym, jeśli rodziny nienawidziły się w XIX wieku, to waśnie przetrwały do XXI, jeśli przedmiot zaginął w XIX, w XXI będą go szukać itd. To dotyczy mojej ulubionej serii Arcane Society, choć teoretycznie Miedziana plaża do niej nie należy. I najważniejsze, docelowo one wszystkie są romansami:)

Rodzaje zdolności paranormalnych są przeróżne! Od czytania aur, przez hipnotyzerstwo, odczytywanie historii przedmiotów, wykrywanie kłamstw, władanie mocami kryształów, nadzwyczajna intuicja, jest specjalny typ psi – łowca, czyli osobnik specjalizujący się w tropieniu i zabijaniu, są zdolności do tworzenia i wyczuwania trucizn i innych medykamentów, czytanie snów i świadome śnienie i mnóstwo, mnóstwo innych. Moją ulubioną jest, dziejąca się współcześnie, książka pt. Mężczyzna ze snu.

     To skoro już Wam trochę w głowach namieszałam, przejdźmy do konkretów, czyli Miedzianej plaży.

       Abby Radwell jest specjalistką od starych książek, ale nie tylko. Mało osób wie, że kobieta posiada parapsychiczny talent, pozwalający jej odkodowywać woluminy zaszyfrowane kodem psi (ja nie wnikam, nie wnikajcie i Wy). Na czarnym rynku antykwarycznym krąży plotka, że pojawił się tajemniczy dziennik laboratoryjny, uznany za zniszczony ok. czterdziestu lat temu. Jednocześnie ktoś zaczyna grozić Abby a pewnego dnia uzbrojony i niezrównoważony bandyta, próbuje zmusić ją, do odkodowania pewnej starej księgi. Abby postanawia wynająć prywatnego detektywa obdarzonego parapsychicznym talentem władania mocą kryształów – Sama Coppersmitha, do ochrony, ale też do tego, by dowiedział się, kto wysyła jej maile z groźbami. Do Abby zgłasza się wiele osób zainteresowanych kupnem dziennika, podobno umieszczone są w nim dane dotyczące położenia zasypanej kopalni magicznych kryształów. Sam i jego rodzina również są zainteresowani, jako że to właśnie ojciec Sama, przed laty zasypał tę kopalnię – uznał wydobywane z niej kryształy za zbyt niebezpieczne. Tajemniczemu prześladowcy zależy nie tylko na dzienniku, ale i na Abby, która jako jedyna jest w stanie odkodować notatki. Sam musi chronić Abby, do której czuje coraz większy pociąg, nie może też dopuścić, by niebezpieczne kryształy dostały się w nieodpowiednie ręce. Abby musi skorzystać ze wszystkich swoich kontaktów na czarnym rynku, by kupić dziennik jako pierwsza.

Muszę przyznać, że to wyzwanie, w miarę klarownie przedstawić tak dziwną akcję:) chciałam tu zacytować skrót, umieszczony na końcu książki, ale on nijak się ma do akcji. Jeśli mam być szczera, to polecałabym jednak serię Arcane Society. Zarówno książki historyczne, jak i współczesne. Dodatkowo te historyczne charakteryzują się sporą dozą humoru i można się przy nich pośmiać:)

środa, 12 września 2012
Charlaine Harris "Czysta jak łza"

Niespodzianka! Przynajmniej dla mnie. Wokół książek Charlaine Harris krążyłam już od jakiegoś czasu, zastanawiałam się, którą by tu sobie przeczytać. Wybór padł na Czysta jak łza. I przyznam, że zaczynam rozumieć, dlaczego książki tej autorki okupują listy bestsellerów:)

     To jest kryminał. Napisany w pierwszej osobie, nie wszyscy to lubią, nie wiem czemu. To dość istotne – ta pierwsza osoba, ponieważ poznajemy świat oczami głównej bohaterki, z jej punktu widzenia obserwujemy śledztwo w sprawie morderstwa. Ale najlepsze jest to, że Lily prawie wcale nie interesuje się zbrodnią. Oczywiście pod koniec musi wykazać odrobinę zainteresowania, by pomóc złapać mordercę, ale początkowo stara się raczej nie mieszać. Kobieta widzi różne rzeczy, słyszy, czasem niechcący podsłuchuje, poznaje fakty, dostrzega wskazówki (a my razem z nią), ale nic z tym nie robi, nie wyciąga wniosków, nie prowadzi własnego śledztwa. Dostarcza nam kolejnych wskazówek i to my, czytelnicy, sami możemy sobie wysnuwać wnioski, kto zabił i dlaczego.Lily za bardzo jest zajęta zmaganiami z tragiczną przeszłością i próbą utrzymania tej przeszłości w tajemnicy. Jest bardzo skryta i nikomu nie opowiada o tym, co ją spotkało w przeszłości. Widzi, słyszy, obserwuje a wnioski i wykrycie mordercy pozostawia nam.

Zastanawiając się nad wyborem książki, czytałam oczywiście skróty na okładce. Moją uwagę przyciągnęło to oto zdanie; „Lily ma dostęp do informacji, których nie pozna nigdy policja”. Zaraz zaczęłam się głowić, kim jest Lily. Po kilku pierwszych stronach, kiedy to bohaterka szlaja się samotnie nocą po opustoszałych uliczkach, pomyślałam, że jest wampirem. Później doszłam do wniosku, że może ma jakieś paranormalne zdolności, typu; dotykam ciała i widzę ostatnie minuty życia ofiary – ale też nie. Później doszłam do wniosku, że kobieta ma jakieś wtyki, znajomości wśród szpiegów, FBI czy kontrwywiadu i to oni dostarczają jej tych informacji „których policja nigdy nie pozna”. Tak do połowy książki trwało moje oczekiwanie na pojawienie się tego tajemniczego źródła wiedzy, aż w końcu musiałam się poddać i przyjąć do wiadomości, że to niesamowite poinformowanie bohaterki nie wynika z tego, iż jest ona szpiegiem, wampirem, kosmitą czy medium… ona jest sprzątaczką. Jej hobby to karate i podnoszenie ciężarów;)

       Lily Bard mieszka w małym miasteczku i, jak to mówi moja babcia, sprząta po ludziach. Mieszkańcy mają ją za niegroźną dziwaczkę; Lily stroni od ludzi, nie lubi plotek, jest nadzwyczaj skryta. Sprzątając w domach różnych ludzi, bezwiednie dowiaduje się o nich różnych rzeczy, ale nigdy nikomu nie zdradza poznanych tajemnic. W przeszłości spotkało ją coś strasznego i do tej pory kobieta zmaga się ze wspomnieniami. Pewnej nocy, nie mogąc zasnąć, wybiera się na spacer. Niedaleko domu dostrzega tajemniczą postać wlokącą jakiś duży pakunek. Po uważnym przyjrzeniu się, Lily stwierdza, iż podejrzane indywiduum posługuje się jej własnym dwukołowym wózeczkiem, aby przetransportować dokądś ten ciężar. Wściekła i przestraszona postanawia obserwować osobnika. Kiedy uwolniona od podejrzanego bagażu postać znika w pobliskim apartamentowcu, Lily idzie odszukać tajemniczy ładunek. Okazuje się nim być ciało mężczyzny – właściciela owego apartamentowca. Przestraszona kobieta, stara się zatrzeć pozostawione przez siebie ślady i zastanawia się jak poinformować policję, nie mieszając się jednocześnie w tę sprawę. Jedno jest pewne, morderca mieszka w apartamentowcu należącym do zamordowanego a Lily sprząta u większości ludzi wynajmujących tam mieszkania, na pewno więc zna mordercę osobiście… a morderca zna ją – pożyczył sobie przecież jej wózeczek!

Polecam!!!

poniedziałek, 10 września 2012
Nora Roberts "Poszukiwania"

Poszukiwania Nory Roberts to sensacja z elementami romansu (wszystkie książki Roberts są romansami jakimś stopniu). Jak tak sobie przypominam twórczość tej autorki, to widzę szeroką rozpiętość. Nora, poza typowymi romansami, pisze sensacje – jak ta, ale też książki paranormalne o zjawiskach nadprzyrodzonych i magii, książki z pogranicza kryminału i SF – moja ukochana seria In Death, jest też przynajmniej jeden romans historyczny! O wilkołakach też coś jest, ale jeszcze nie czytałam… ale czy zaraziła się wampirami? Tego nie wiem:)

    Poszukiwania to dosyć pokaźna książeczka, złożona z trzech części. Tak ogólnie to Nora Roberts jest jakoś szczególnie przywiązana do tej cyfry - 3… ma mnóstwo trylogii, o trzech braciach, siostrach, przyjaciółkach, kumplach, kamieniach, kluczach… itp. Zawsze po trzy. Tutaj akcja przepływa trochę obok bohaterów – gdzieś tam morderca zabija młode kobiety, ale do wyspy, gdzie mieszkają Fiona i Simon, docierają początkowo tylko echa zbrodni. Z całej gamy postaci z książek pani Roberts, szczególnym sentymentem darzę postacie męskie. Ona ma wypracowany konkretny typ męskiej osobowości i zmienia tylko kilka cech, ale i tak „jej faceci” są rozkoszni. Tym razem „podarowała” nam – czytelniczkom, Simona; cieślę-artystę, samotnego wilka, trochę aspołecznego i dzikiego, marudnego i niechlujnego. Simon zakochuje się w Fionie, czego wcale nie chce i nie ma oporów przed mówieniem jej tego. Wspomina też często, że nie jest ona w jego typie, zabrania jej u siebie sprzątać i nie chce zostawić u niej swojej szczoteczki do zębów. A przy tym strzela fochy jak ośmioletnia dziewczynka, np. gdy widzi, że Fiona umyła mu okna:) Facet po prostu boi się, że kobieta chce go wytresować, jak swoje psy.

Osiem lat wcześniej, po zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych grasował morderca, polujący na młode kobiety. Swoje ofiary – studentki uprawiające różne sporty, porywał i dusił czerwonym szlem. Jego trzynastej ofierze udało się jednak uciec. Policja poszukiwała go jeszcze przez prawie rok, mimo iż posiadano nazwisko i rysopis. Dopiero gdy morderca, w akcie zemsty, zamordował narzeczonego Fiony – trzynastej niedoszłej ofiary, FBI udało się go złapać i skazać. Po ośmiu latach od tragedii, Fiona prowadzi spokojne życie na wyspie, ma szkołę dla psów, jest ratownikiem – poszukuje z psami zaginionych osób. Nawiązuje romans z klientem, właścicielem nieposłusznego szczeniaka - artystą-stolarzem. I kiedy kobieta zaczyna wierzyć, że w końcu może uda jej się ułożyć sobie szczęśliwie życie, okazuje się, że w okolicy zaczyna grasować morderca naśladowca. Znów policja zaczyna znajdować ciała młodych kobiet z czerwonymi apaszkami na szyjach. Czy siedzący w więzieniu morderca ma z tym coś wspólnego i czy Fiona będzie następną ofiarą?

Dużo piesków i wiórów:)

Polecam:)

13:21, polonisty
Link Komentarze (5) »
Tagi
stat4u