blog o książkach
RSS
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Gena Showalter "Mroczny szept"

Taaaa… nie wiem co napisać. Coś dziwnego przeczytałam i nie wiem, jak się ustosunkować. Gdzieś w środku natrętnie pika mi rozdrażnienie i niesmaczek. Ale z drugiej strony warsztat pisarski bez zarzutu, ale z trzeciej strony, dobry korektor jest w stanie sprawić cuda…

    Wiecie, niby w fantastyce, bo jest to fantastyka, można wiele wybaczyć, gdy chodzi o tematykę. I wiadomo, każdy chce wymyślić coś nowego, czego jeszcze nie było. Pani Showalter, której książki czytałam już wcześniej, sięgnęła po tematykę dotyczącą mitologii i różnych wierzeń. Ale sięgnęła krzywo i nie wszystko udało jej się złapać. Mamy tu mitologię grecką – Kronos, Puszka Pandory, bogini anarchii (pomijam, że grecką boginią anarchii była Dysnomia a nie jakaś Anya), harpie (imiona się nie zgadzają, ale fakt, było ich cztery). Mamy wiarę chrześcijańską – anioły, demony i Lucyfera, o Bogu ani słowa… Skandynawskich, buddyjskich, indiańskich i słowiańskich bóstw autorka nie uwzględniła. Czy ja się czepiam? Nie, skąd! Ale Sherrilyn Kenyon, która również porusza tematykę mitologiczną, jakoś bardziej sprawiedliwie szasta bóstwami… i trzyma się faktów… bardziej.

    Dawno, dawno temu kilkunastu wojowników – strażników bogów, ukradło puszkę Pandorze, otworzyli ją i wypuścili na wolność demony (nawet jak to piszę, to mi się w środku wszystko buntuje). Rozzłoszczony tym Zeus (nie wiem, czy tu aby chronologia nie szwankuje, ale nie będę się zagłębiać), sprawił, że demony opętały tychże wojowników (skoro mógł sprawić, że opętały wybrane przez niego osoby, to czemu nie zagonił ich powrotem do puszki?), którym nakazał odzyskać puszkę. Jeden z wojowników, opętany demonem nadziei (masakra!) zbuntował się, wystąpił przeciwko towarzyszom, zebrał wyznawców, którym wmówił, że jest aniołem i nakazał im walczyć z opętanymi wojownikami. Wojownicy ci, poza walką z Galenem i jego ludźmi – Łowcami, zajęli się poszukiwaniem puszki i artefaktów ułatwiających jej odszukanie. Ich celem jest zniszczenie puszki, gdyby bowiem, ktoś ją odnalazł i uwięził w niej z powrotem demony, wojownicy umarliby, a oni chcieliby jeszcze pożyć. Mimo tego, że żyją już tysiące lat… Na ich drodze stają różne kobiety, w których niektórzy wojownicy się zakochują. Sabin, opętany Zwątpieniem, ratuje Gwen – harpię. Gwen, mino iż jest harpią, jest bardzo strachliwa i potulna, boi się wypuszczać swoją mroczną naturę, żeby nie skrzywdzić ludzi. Sabin uczy ją kontroli nad mroczną, morderczą naturą, by wykorzystać ją w walce z Galenem. Zakochują się i żyją długo i szczęśliwie.

    Jest kilka tomów, jak przypuszczam, bo i wojowników kilku. Nie wiem czy moje, jakby nie było, polonistyczne wykształcenie, pozwoli mi przeczytać kolejne tomy. Dodam, że zaczęłam chyba od środka, tak mi logika podpowiada. Tematyka z kosmosu, nie biorę więc na swoją odpowiedzialność także waszego niesmaku i nie będę polecała…

 

PS. Wydawnictwo Mira (Harlequin).

sobota, 28 kwietnia 2012
J. R. Rain "Luna"

Przywlokłam sobie z biblioteki stosik nowości, nie ma w nim jeszcze tych wyczekiwanych przeze mnie pozycji, ale zaczekam. Wśród najnowszych zdobyczy jest Luna. Wampir do wynajęcia. Okazuje się, że moda na wampiry wymusiła na autorach pewną elastyczność i przejście na tematykę wampirzą – w celu utrzymania czytelnika. Horrory wampirze nigdy nas nie dziwiły, ale potem doszły romanse wampiryczne, komedie o wampirach a teraz przeczytałam kryminał/sensację o wampirach… Brakuje jeszcze SF o wampirach – wampiry z przyszłości albo z kosmosu :)

    Hmmmm chociaż wampiry jako rasa z kosmosu już są! Jest taka seria autorstwa Lary Adrian ;)

    Samantha Moon jest wampirem. Ma męża i dwoje dzieci. Sześć lat temu zaatakował ją potwór, wyssał z niej krew i zostawił na pewną śmierć. Ale Samantha przeżyła i od tej pory całe jej życie stanęło na głowie. Musiała rzucić pracę agenta FBI i przestawić się na dietę z krwi zwierzęcej (Sam nie pija z ludzi, chyba że w wyjątkowych sytuacjach). Luna (takiego nicku używa Sam w internecie) zostaje więc prywatnym detektywem pracującym w nocy. Pewien adwokat zleca jej odszukanie człowieka, który próbował go zabić. Nieznany sprawca strzelił klientowi pięć razy w głowę. Samanthę trochę zdziwił fakt, że adwokat przeżył coś takiego i zadziwiająco szybko doszedł do siebie… nawet blizny znikały z błyskawicznie. Sam bierze się do rozwiązywania sprawy i dowiaduje, że Kingsley Fulcurn jest wilkołakiem, odnajduje też sprawcę zamachu. Jednak w życiu prywatnym pani detektyw nie dzieje się dobrze. Mąż zdradza ją z sekretarką nie kryjąc swojego obrzydzenia do tego, czym stała się jego żona. Sam codziennie walczy ze swoją nową naturą, wstaje w ciągu dnia, wychodzi na słońce, byle by tylko być dobrą matką dla swych dzieci. Niestety, jej mąż Daniel szantażem zmusza ją, by odeszła i ogranicza jej kontakty z dziećmi. Grozi, że jeśli tego nie zrobi, ujawni wszystkim, że jest wampirem…

    Tu już mamy więcej tradycji! Wilkołak zmienia się podczas pełni w bestię (nie szczeniaczka) i trzeba go izolować, by nie zrobił komuś krzywdy. Wampir potrafi się zmienić w coś podobnego do nietoperza i lata sobie nad miastem. Słońce mu szkodzi, kołek w sercu też (Samantha przez jakiś czas panikowała na widok wykałaczek). Nie wiadomo co z czosnkiem i wodą święconą, ale może się dowiemy, bo kolejna część ma się ukazać w maju. Mam nadzieję, że Sam skopie tam odwłok swemu zdradzieckiemu mężowi!

Polecam!

Tagi: JR Rain Luna
12:31, polonisty
Link Komentarze (4) »
czwartek, 26 kwietnia 2012
Sophie Kinsella "Miłość w stylu retro"

Duch! Znów, ale również w wersji soft. W zasadzie ten duch, to jakby człowiek w formie bezcielesnej. Duszyca. Powieść pasuje konwencją do jednego z moich ostatnich wpisów, o tym co pozostawimy po sobie. Sadie umiera w wieku 105 lat, ostatnie dwadzieścia spędziła w domu opieki, nie miała dzieci, krewni jej nie odwiedzali. Na pogrzeb przyszli z przymusu, żadnych kwiatów, przemówień, nic… Najbliżsi nic nie wiedzą o jej życiu, co lubiła, czym się zajmowała. Już jako duch, Sadie patrzy na tę smutną uroczystość z przerażeniem…

    Miłość w stylu retro to powieść komediowa dla kobiet, o miłości. Początek jest trochę irytujący, bo znów widzimy bohaterkę bridgidowską, której wiatr w oczy wieje. Lara zachowuje się głupio i żałośnie, aż ciężko wytrzymać. Ale później duch daje jej kopa w tyłek i dziewczyna nabiera energii, zaczyna działać.

    Lara ma problemy (chłopak, praca, siostra, rodzice) i nie umie sobie z nimi radzić. Pogrąża się coraz bardziej. Na pogrzebie w zasadzie obcej jej cioci-babci Sadie, pojawia się duch zmarłej i głośnym wrzaskiem domaga się od dziewczyny powstrzymania ceremonii i odnalezienia jakiegoś naszyjnika. Lara nie może zignorować głośnego krzyku prosto w ucho i niechętnie przerywa pogrzeb, mówiąc, że jej zdaniem ciocię-bacię ktoś zamordował i trzeba przeprowadzić śledztwo. Następnego dnia Lara jeszcze bardziej niechętnie zaczyna szukać naszyjnika. Ma własne problemy i nimi chce się zająć. Chce uratować firmę i by wrócił do niej chłopak. Sadie ma jednak inne plany. Wpada jej w oko pewien mężczyzna i duch uznaje, że powinien się po raz ostatni na tym świecie zabawić. Zmusza Larę by umówiła się z Edem, zmusza ją by założyła suknię z lat dwudziestych, by umalowała się i uczesała w tym samym stylu, na randce zmusza oboje by zatańczyli jej ulubiony taniec… dodam, że obydwoje nie mieli na to najmniejszej ochoty… W trakcie tych zmagań z upierdliwym duchem, Lara odkrywa rodzinne sekrety, związane nie tylko z życiem Sadie, ale i majątkiem wuja milionera, tajemniczym obrazem z londyńskiej galerii i życiem pewnego malarza. Okazuje się, że Sadie prowadziła niezwykłe życie, pełne przygód, mężczyzn i ryzyka. I że jednak pozostawiła po sobie coś wspaniałego…

    No i oczywiście Lara zdobywa miłość swego życia, rozkręca firmę, kara złoczyńców i pokazuje figę złej siostrze… standard. Dobrze się czyta, a koniec wzruszający, prawie się rozkleiłam… Muszę przyznać, że całkiem zabawna jest ta książka, idealna do odprężenia. Te wątki z intrygą rodzinną naprawdę wciągające i dobrze napisane. Polecam.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Tanya Huff "Ślad Krwi"

Ha! Za dużo już było normalnych książek! Fantastyki mi było trzeba. I jak na złość, nic dobrego pod ręką… tylko druga część Więzów krwi. Pamiętacie to? Bo ja nie pamiętałam, o czym była pierwsza część!!! Musiałam zerknąć do własnego bloga! I co tam było napisane??? Że obawiam się, iż książka nie pozostanie mi w pamięci na długo… Normalnie jasnowidzenie wtedy miałam, czy co?

    Druga część jest lepsza. Jest napięcie, lepiej skonstruowana akcja, coś się dzieje. I SĄ WILKOŁAKI! Ale tego, co pani Huff zrobiła z wilkołakami, nie mogę wybaczyć! Zrobiła z nich psiaki! Jakieś przerośnięte kundelki! Łaszą się, biegają za frisbee, domagają się drapania za uszami! Wilkołak wabiący się Chmurka, albo Łapka!? A przemiana? Nic, żadnego opisu, tylko pstryk i już psiak, pstryk – człowiek. Jedynym sygnałem znamionującym przemianę, było ściągnięcie gaci! Jeśli bohater ściągał spodenki, znaczyło to, że za chwilę będzie hasał jako pies (nie obrażę tu wilkołaków, nie napiszę wilk). A to i tak dobrze, że gacie nosili, bo zazwyczaj nago latali – ubrania powstrzymywały przemianę. Ten skromny przyodziewek zakładali z myślą o gościach – Victorii, Henrym i Mike’u.

    Henry prosi Victorię by pomogła jego przyjaciołom – wilkołakom. Ktoś zabija wilkołaki na ich owczej farmie i Victoria ma dowiedzieć się kto. Ze sprawy wynika, że morderca wie o wilkołakach, że jest snajperem i mieszka w pobliżu. Victoria zmuszona jest powiedzieć Henry’emu o swoich kłopotach ze wzrokiem, wydaje jej się, że ta wiadomość wstrząśnie wampirem. Tak się nie dzieje. Mike Celluci, po ostatnich wydarzeniach (próba złożenia Victorii w ofierze demonowi), sprawdza wampira i zaniepokojony tym, co odkrywa, jedzie za Vicki na farmę. Dowiaduje się, że gospodarze to wilkołaki a Henry to wampir i pomaga w unieszkodliwieniu mordercy. Nie będę opisywać, co robią „wilkołaki”, to ponad moje siły… 

 

PS. Ta okładka w zestawieniu z treścią, to chyba kpina!

21:32, polonisty
Link Komentarze (12) »
sobota, 21 kwietnia 2012
Zofia Staniszewska "Czarownica z Radosnej"

Kolejna dziwna książka. Magiczna. Nastrojowa. Dużo tu zabobonów, wiary, magii i tajemnicy.

    Początek jest dość nudny, nic się nie dzieje. Nawet sobie pomyślałam, że co ja wam napiszę? Że czytam książkę o niczym? Ale spokojnie! Dalej się trochę rozkręca. Książka ta kojarzy mi się z Chłopami. To z powodu kompozycji, akcja dzieje się w ciągu roku i bardzo dużo jest tu opisów przyrody, zmian pór roku itp.

    Są trzy rzeczy, które urozmaicają narrację – po pierwsze, baśnie opowiadane przez Jagodę. Wydaje mi się, że baśnie są wymyślone na potrzeby książki, ewentualnie wzorowanie na jakichś legendach. Są to alegorie komentujące wydarzenia, coś jakby przypowieści. Kolejnym urozmaiceniem są spostrzeżenia Joasi – córki Jagody – metafizyczne, przesycone magią i tajemniczością refleksje dotyczące matki (Joasia, lat 13 wierzy, że jej matka jest czarownicą). Te krótkie wstawki są trochę niepokojące, tym bardziej, że obrazują myśli trzynastolatki, co ciekawe „na żywo” dziewczynka posługuje się młodzieżowym slangiem, w myślach zaś bardzo poetyckim językiem… I na koniec coś co mnie najbardziej urzekło - gwara, którą posługują się mieszkańcy wsi.

- A dziewczyninie to trzebno sprawić halkę pod spódnicę. Jakże tak, bez niczego pode spodem? Toż majtków można nie założyć, ale żeby halki?! I spódnica za kolana mo sięgać. Ubrana ta panina Haśka niewydarzenie - jak moje wnuczki. Łobraza boska!

Bardzo lubię, jak się autorzy bawią językiem polskim, nawet jeśli wytykają czasem popełniane błędy.

- Nadzwyczajne okoliczności zmuszają mnie do za jęcia stanowiska i wyjaśnienia faktu obniżonych ocen z zachowania grupie uczniów z klasy III b. Rymowski Marek, Waciak Zuzanna i Zarębowski Mateusz dopuścili się karygodnego czynu - sfałszowali końcowe oceny z historii. Choć początkowo nie mogliśmy uczniów pociągnąć za język do odpowiedzialności, bo nabrali wody w usta, w wyniku śledztwa dotarliśmy do jedynie prawdziwych i autentycznych faktów, a wyglądają one następująco. - Dyrektorka zrobiła pauzę w celu pobudzenia uwagi ciała pedagogicznego i rzeczywiście, niektórzy nauczyciele dobudzili się i spojrzeli żywszym wzrokiem na monumentalną postać mówczyni. – Wyżej wymienieni uczniowie w dniu trzydziestego maja bieżącego roku ukradli dziennik z pokoju nauczycielskiego, zaszyli się w ubikacji dla dziewcząt, tak, dla dziewcząt, i tam za pomocą korektora i pióra zmienili oceny z gorszych na lepsze. Odpowiednio: dla Rymowskiego z miernej na dostateczną, dla Waciak z dostatecznej na dobrą i dla Zarębowskiego z miernej na dostateczną. Na szczęście po kilku dniach sprawa wyszła na jaw, to znaczy na światło dzienne, i uczniowie zostali przykładnie ukarani. Jako wychowawca i pedagog tej szkoły biję się w jedną i drugą pierś...

- Jaka szkoda, że nie ma trzeciej. - Doleciał mnie szept Aldony.

    Każdy nowy rozdział rozpoczyna się fragmentem wiersza, po zebraniu, te swoiste podtytuły, stanowią cały wiersz.

     Ogólne to wydaje mi się bardzo mądra książka, mam na myśli raczej mądrość ludową, a nie podręcznikową. Czasem ni z tego, ni z owego, bohater powie coś naprawdę głębokiego, ale bez zbędnych frazesów, tak po prostu, po ludzku. Fajnie się to czyta. No właśnie, fajnie się czyta, choć akcji, to tu za bardzo nie ma. Jakiś szczątkowy romans, marniutka sensacja w postaci odkrycia dziupli złodziei samochodów. Nudno trochę, jak się nad tym zastanowić, ale trudno nie doczytać do końca. Jakoś tak samo leci i wcale nie trzeba się zmuszać :)

    Jagoda, bibliotekarka w gimnazjum, od trzech lat wdowa, matka Jasia i Joasi, czarownica, mieszka we wsi Radosna i hoduje konie. Podrywa ją Paweł o tajemniczej przeszłości i kontrowersyjnym wykształceniu (astronom – humanista?). Podrywa ją też Jakub, malarz, kuzyn Pawła. Pół wsi, rodzina i przyjaciele swatają ją, to z jednym, to z drugim. We wsi zaś objawia się Matka Boska i dzieją się cuda (kontrowersyjne odrobinkę) a antyterroryści robią nalot na dziuplę złodziei samochodów. No i mija rok, czytamy o ptaszkach, zbożach, kozach, dopłatach unijnych, śliwkach, grzybach, diabłach z bagniska, głębokich studniach, drzewach i tego typu „wiejskich” rzeczach. Wszystko kończy się pomyślnie, choć nie ma co się dziwić, bo żadnych dramatów czy zawirowań losu to tu nie było…

    I na koniec jeszcze jedna mądrość wyczytana z książki – refleksja o tym co pozostawimy po sobie (poza górami elektrośmieci). Pozostawimy szum informacyjny w internecie (ładnie to brzmi co?), zachęcam więc do blogowania i komentowania! Śmiało zostawmy coś potomnym ;P

 

Polecam!

czwartek, 19 kwietnia 2012
Doncowa Daria "Nieściśle tajne"

Dlaczego tę książkę sobie przeczytałam? Intrygują mnie rosyjskie książki, fantastykę Rosjanie piszą świetną, ale książki współczesne, jak dotąd mnie rozczarowywały. Coś nie tak było ze światem przedstawionym, za mało realiów, opisów miast, relacji społecznych. Znalazłam więc kryminał i pomyślałam, tu nie da się pominąć tego wszystkiego! Trzeba spróbować!

    Przeczytałam i sama nie wiem co powiedzieć. Dziwna, zabawna i skomplikowana książka. Moim zdaniem Daria – główna bohaterka – jest najgorszym detektywem na świecie… jej sposób dedukcji jest porażający! Jedynie tropienie i podążanie za wskazówkami dobrze jej idzie. Wyciąganie wniosków zdecydowanie nie jest jej mocną stroną… To po pierwsze. Po drugie imiona… zdrobnienia, czy przezwiska… masakra! Kiedyś oglądałam program, w którym cudzoziemiec narzekał na polską odmianę imion. Cały czas ktoś poprawiał mu odmianę imienia Andrzej (Andrzeja, Andrzejowi, Andrzeju…) a na koniec dodał jeszcze Jędrek… Rosjanie wykombinowali gorzej! Arkady to Arkasza, Kiesza, Kieszka… Marusia to Mania, Maniunia, Maniusia, Mańka, Ela – Elina, Mikołaj – Kola, itd. Sporo czasu zajęło mi dojście, kto jest kim :) A po trzecie waluta… autorka wszystko przeliczała na dolary. Dlaczego? Nie znam realiów życia w Rosji, może tam dolar jest stabilniejszą walutą? I na dodatek wszystko załatwia się poprzez łapówki. Dobrze, że Daria jest bogata, bo z pewnością by zbankrutowała. Kolejnej frajdy dostarcza samo tłumaczenie książki. Są tu fajne wyrazy, intrygujące mnie jako polonistę, np. żiguli (musiałam wyguglować, żeby wiedzieć co to jest ;)) Albo skleroźnik. Śmieszyła mnie też odmiana wyrazu „volvo” – wsiadam do volva ;P

    Dodatkowo książka jest całkiem zabawna, napisana lekkim językiem, ze sporą dozą humoru:

– Nie boją się z tobą jeździć, skoro pijesz? – spytałam.

– Co, myślisz, że jestem alkoholik? – obraził się. – Piję tylko cyklami.

– Czym? – No, mam taki cykl: trzy tygodnie pracuję, jeden piję. Ale żeby codziennie – w życiu! Westchnęłam. Aha, nie alkoholik, tylko, można powiedzieć, pijak cyklista.

***

Chmury trochę się rozpierzchły; przejaśniło się i bardzo pochłodniało. Włączyłam ogrzewanie na maksa i ruszyłam szosą, starając się mocno trzymać kierownicę. Osiemdziesiąt na godzinę to straszliwa prędkość. Prowadzę już pięć lat i nauczyłam się nawet parkować samochód tyłem, ale nie lubię jeździć zbyt szybko. Mój prędkościomierz rzadko pokazuje więcej niż sześćdziesiąt. I w żaden sposób nie mogę się wyzbyć tego głupiego nawyku: kiedy hamuję, z całej siły ciągnę do siebie kierownicę. Złośliwy Arkady radzi przy tym koniecznie wołać: „Prr, maluśkie!”. Ale ja staram się nie zwracać uwagi na te ironiczne przytyki, w końcu nie wszyscy rodzą się z kluczykami w dłoni.

    Daria jest detektywem amatorem i wydaje jej się, że świetnie sobie radzi z rozwiązywaniem spraw. Dzwoni do niej przyjaciółka i prosi o odnalezienie męża, który przyjechał do Moskwy. Zaledwie dzień wcześniej Daria znajduje w swoim samochodzie zwłoki obcego mężczyzny. Akcja książki to prawdziwy labirynt połączony z podchodami. Bohaterka jeździ po całym mieście w poszukiwaniu tropów, poznaje masę ludzi o dziwnych (dla mnie) imionach, przekupuje kogo tylko może – dolarami, kłamie i przebiera się, posługuje fałszywymi dokumentami, udaje dziennikarkę, policjantkę, pracownicę biblioteki, włazi w różne niebezpieczne miejsca. Nie można się z nią nudzić. Dowiaduje się kim był nieboszczyk z jej samochodu i że miał kontakty poszukiwanym przez siebie Basilem. Odwiedza luksusowy dom publiczny i poznaje związane z nim tajemnice, poznaje krwawą historię rodziny Basila, trafia do kliniki, w której zdrowe kobiety pozwalają amputować sobie kończyny, by stać się atrakcyjnymi dla rożnych zboczeńców, odwiedza biuro podróży ekstremalnych, gdzie w ofercie jest turnus w łagrze, w szpitalu psychiatrycznym lub w szałasie w lesie. Daria jeździ w wiele miejsc, ale jakoś nie idzie jej powiązanie wszystkich wskazówek ze sobą. Jak już wspominałam, marny z niej detektyw.

Ale udaje jej się odnaleźć zgubę! Mogłaby to zrobić wcześniej, gdyby nie była taka… niekumata :P  W czasie swoich poszukiwań, dwa razy natykała się na Basila i za każdym razem przechodziła obok i nie zwracała uwagi…

Ale polecam i tak!

 

PS. Tytuł mi nie odpowiada. Naszymi literkami to on brzmi Nesekretnye materialy. Nieściśle tajne nie pasuje mi do fabuły...

PS.2 Dodam, że te ostatnie książki, o których pisałam (i tę) wydało wydawnictwo Świat Książki.

sobota, 14 kwietnia 2012
Jeanne Ray "Taniec rodzinny"

Przeczytałam ostatnio taką miłą książkę, taką ciepłą i przyjemną. Tak szybko się ją czyta, że skończyłam, zanim się spostrzegłam. Nic tu nie razi, żadnych błędów, niedociągnięć… Po prostu się leci i czyta. Fajne, czysta przyjemność. To nie jest wybitne dzieło, wstrząsający dramat czy traktat filozoficzny, z tej książki już na pierwszy rzut oka bije, że napisana jest dla przyjemności czytelnika. Swój cel spełnia. Były momenty, gdzie nieźle się uśmiałam :)

    Główną bohaterką jest Carolina, ona i jej mąż są ostoją, fundamentem, wzorem i oparciem. Wokół nich rozgrywają się dramaty i chwile szczęścia. W ich domu zjawia się młodsza siostra Caroliny – Taffy, którą rzucił mąż, córka Caroliny ogłasza zaręczyny z synem milionera, najmłodszy syn zakochuje się w czarnoskórej córce majstra budowlanego. A Tom i Carolina spokojnie stawiają czoła przeciwnościom i zawirowaniom losu.

    Oto scena obiadowa:

Tak więc zasiedliśmy do stołu w siedmioro: Taffy, moja siostra, którą rzucił mąż; Kay, moja córka, która wychodzi za mąż za Treya Bennetta; Jack z Prokuratury, który sypia z Kay; George, mój syn, który przyprowadził Jacka, żeby dręczyć swoją siostrę; Woodrow, owdowiały majster budowlany, który usiłuje uratować nasz dom; Tom, mój mąż, pogryziony w łydkę w dwóch miejscach przez psa mojej siostry; Stamp, nadal przywiązany do nogi stołu, oraz ja.

***

- Ale dlaczego chciałeś się ze mną ożenić?

Tom zamilkł. Może nigdy się nad tym nie zastanawiał przez czterdzieści dwa lata naszego związku.

- Chyba przez tę zupę. Zostawiłaś mi ją, choć dowiedziałaś się, że wcale nie jestem chory i że cię okłamałem. Kiedy przyszedłem porozmawiać z tobą tamtego wieczoru, oświadczyłaś mi, że nigdy byś nie mogła spotykać się z kimś, kto cię okłamuje, i tyle. Wróciłem do akademika i zjadłem tę zupę. Była bardzo smaczna. Ta myśl nie dawała mi spokoju. Gdzie znajdę inną dziewczynę, która spędzi swoje urodziny, gotując mi rosół, bo myśli, że jestem chory? Gdzie znajdę dziewczynę, która zostawi mi go, chociaż właśnie się dowiedziała, że łgałem? Im dłużej jadłem, tym bardziej parszywie się czułem w związku z tą całą sprawą.

- Ożeniłeś się ze mną, bo zupa była dobra?


A wszystko to z tańcem w tle, bo Carolina jest właścicielką szkoły tańca. Polecam:)

czwartek, 12 kwietnia 2012
Hanna Łącka "Posłuchaj, Alali..."

Zastanawiałam się czy w ogóle pisać o tej książce. Taka cieniutka – 90 stron, i na dodatek lekkie rozczarowanie. I tak jestem do tyłu z recenzjami a nie umiem nie czytać… I wiedzcie, że piszę tylko dlatego, by nawiązać i polecić coś innego!

    Fabuła Posłuchaj, Alali... jest bardzo dobra, ta historia mogłaby być świetna, ale nie jest. Niestety jest niedopracowana, ma się wrażenie, że pisana „po łebkach”, gdyby autorka spróbowała pogłębić charakterystyki bohaterów, popracować nad emocjami i dramatyzmem, to powstałaby naprawdę poruszająca powieść. A nie dziewięćdziesięciostronicowe opowiadanie. Dodatkowo autorkę poniósł chyba entuzjazm, bo cytuje ona w powieści pamiętnik dziewięcioletniej dziewczynki, pisany przed II wojną, dziewczynki, która nie chodziła do szkoły, którą pisać i czytać nauczyła pani ze dworu. A brzmi to tak:

„Posłuchaj, Alali.

Mateuszowa powiada, że nic już z nas nie będzie. Ze mnie i z Marcysia. Ona nie wie, że ty nas, Alali, obronisz. Albo mamusia. Jak wyzdrowieje, to zaraz wróci i wszystkim pokaże, że nie mieli racji. Tylko panienka Julita nam pomaga. Dzisiaj jabłek z piwnicy nam przyniosła. Są jeszcze dobrzy ludzie. Panienka na ucho szepnęła, żeby z domu uciekać, bo granatowi mają nas do jakiegoś domu zabrać. Ale ona nie wierzy i każe w kryjówce na mamusię czekać. I mogłam cię, Alali, na rękach ponosić, jak własną. Patrzyłaś tymi cudnymi kroplami wody prosto z morza, z tego samego co ciężkie więcierze ryb nosiłaś. A śpiewałaś przy tym jak ja teraz Marcysiowi. Tylko pisanie moje ukryć dobrze muszę, żeby policja nie znalazła”.

Ale w sumie i przed wojną mogły być bardzo zdolne dzieci, możliwe, że zdolniejsze niż teraz. Miałam kiedyś do sprawdzenia zeszyty szóstoklasistów… do dziś ogarnia mnie przerażenie…

    Mamy tu przedstawione dwie historie, współczesną i sprzed II Wojny Światowej. Aldona – bohaterka współczesna – wychowywała się u dziadków, matka ją porzuciła i wyjechała. Kobieta pewnej nocy ma sen, śni jej się dziwny motyl. Aldona opisuje sen i dołącza do swojego zbiorku opowiadań. Od tego czasu motyl nie daje jej spokoju. Po jakimś czasie dzwoni do niej babcia z wiadomością, że dziadek stracił wzrok. Aldona jest przerażona, gdyż dziadek, który od lat zmagał się z chorobą oczu, już wcześniej zapowiedział, że gdy całkowicie oślepnie odbierze sobie życie. Gdy Aldona przyjeżdża do dziadków otrzymuje od nich kuferek. Czytali oni opowiadanie o motylu i twierdzą, że ma on związek z przeszłością rodziny. W kuferku jest pamiętnik siostry dziadka, która zmarła przed wojną w wieku dziewięciu lat, w wyniku pobicia. Do zabójstwa przyznała się matka dziewczynki, za co poszła do więzienia. W kuferku jest też lalka - Alali. Z pamiętnika poznajemy historię Nastki, starszej siostry dziadka. Starszy pan umiera nie wyjaśniając wszystkich tajemnic. Aldona na własną rękę stara się wyjaśnić sprawę morderstwa sprzed lat.

     Mam wrażenie, że naprawdę dobra historia nie została do końca wykorzystana, można było zrobić z tego wzruszającą powieść.

Ale ta historia przypomniała mi inną świetną książkę, trochę podobną, bardzo dobrze napisaną. Mam na myśli O, melba! Grażyny Bąkiewicz. Czytałam ją dwa razy i za każdym ciarki mnie przechodziły. Bardzo dobrze zbudowanie napięcie, stopniowane emocje, wstrząsająca tajemnica, dramat rodzinny i taki fajny tajemniczy i pełen grozy nastrój. Naprawdę, naprawdę polecam! Nie zwracajcie uwagi, że niby dla młodzieży, to jakieś nieporozumienie :)

środa, 11 kwietnia 2012
Clare Naylor, Mimi Hare "Druga asystentka"

     I znów książka z gatunku - „lekka”. Czyta się szybko i przyjemnie, poza fragmentami przedstawiającymi myśli bohaterki. Ogólnie męczy mnie już ta moda na bohaterki stylizowane na Bridget Jones – rozkoszne, roztrzepane naiwniaczki. Przyjemnie się czyta o perypetiach takiej bohaterki, dopóki nie poznaje się jej myśli. W tym przypadku ja po prostu omijałam te fragmenty. Dziewczyna za łatwo się rozpraszała… myśli skakały jak pchły z ADHD…

    Weźmy chociażby początkowy fragment książki – o butach…

W wyłożonej lustrami windzie zastała woń perfum Must de Cartier nieudolnie maskuje wszechpotężny zapach wielkich pieniędzy. Śmiem twierdzić, że poza astronomicznymi gażami negocjowanymi przez Agencję, duża część jej wartości lokuje się w butach. Nie myślę tu wyłącznie o pantofelkach aktorek, ale też o obecnych w całym budynku butach od Manola, które wystają spod biurek, podczas spotkań nerwowo huśtają się na koniuszkach pielęgnowanych trzy razy w tygodniu stóp, a nawet, o zgrozo, zdzierają noski o podłogę, gdy właścicielka ozdabianych przez nie cudownych, gładkich klęczących nóg w imię kariery obciąga swojemu szefowi dokładnie tak, jak on to lubi. Robiąc ukłon w stronę równości seksualnej, powinnam dodać, iż niszczone w ten sposób buty mogłyby należeć do szefowej, która praktykuje fellatio na swoim młodym, przystojnym asystencie - chociaż z mojego doświadczenia, takim cudeńkom Manola pisany jest zwykle zgoła inny los.

    Są także buty męskie. Jeżeli nie pochodzicie z Mediolanu lub z Hollywood, nie przyjdzie wam nigdy do głowy, że mężczyźni też potrafiliby oddać życie za Pradę. W tym mieście to normalne. Za Gucciego również. Tutejsi faceci ślinią się zwłaszcza do wszystkiego, co pochodzi z Europy i jest ręcznie robione. Jeżeli kiedykolwiek będziecie na kolacji z mężczyzną z Hollywood i zabraknie wam tematu do rozmowy, sugeruję zacząć od jego butów. Zawsze będzie z nimi związana jakaś historia. Poza tym oszczędzi to wam konwersacji na tematy intymne, co mogłoby na trzy sposoby obrzydzić wam foie gras - specjalność restauracji Spago - której cudownego smaku nic nie powinno zniszczyć.

    I jak długo można czytać tego typu przemyślenia?

    Autorki pokazały nam tu Hollywood w którym normalna kobieta stanowi niesamowite „dziwo”. Ja nie uważam by Elizabeth Miller była całkiem normalna, ale w porównaniu z innymi mieszkankami „stolicy filmu”, faktycznie wydawała się normalna. Ta „inność” (czyt. naiwność, prostota, uczuciowość) jednych fascynuje a w innych wzbudza litość. Ma się wrażenie, że środowisko show biznesu pełne jest rekinów i piranii, anorektyczek, chciwych żon i niewiernych mężów. I tylko jedna normalna i uczciwa Lizzy…

    Lizzy Miller dostaje posadę drugiej asystentki słynnego agenta filmowego. Wydaje jej się, że jej praca będzie polegała na ustalaniu grafiku, odbieraniu telefonów, parzeniu kawy… Okazuje się, że w Hollywood nic nie jest normalne i tak do zadań Lizzy należy odbieranie naćpanego szefa z podejrzanych moteli, przyjmowanie dostaw narkotyków dla tegoż szefa, uczestniczenie w licytacjach lalek Barbie, dla wspólniczki szefa, organizowanie przyjęcia urodzinowego z udziałem striptizerek, wyprowadzaniu psa żony szefa i unikanie zatargów z innymi zazdrosnymi asystentami. Po początkowych wpadkach (wysłanie aktora nałogowego hazardzisty do Las Vegas) i pomyłkach, Lizzy zdaje sobie sprawę, że chce zostać producentką. Udaje jej się nawet znaleźć fascynujący scenariusz początkującego scenarzysty. Niestety w mieście pełnym „wilków” z branży filmowej trudno jest spełniać marzenia…

    Jest też wątek romansowy, taki trochę na uboczu.

    Zupełnie nie rozumiem za to okładki… dlaczego ona jedzie na archaicznym skuterze? I to zdanie: „Opowieść z samego dołu hollywoodzkiej drabiny kariery” – ani to adekwatne, i gramatyczne jakby kuleje…

wtorek, 10 kwietnia 2012
Julia Cameron "Duch Mozarta"

Potrzebowałam czegoś lekkiego, dlatego komedia romantyczna wydała mi się w sam raz. Inna rzecz, że to o duchach, a ja nie lubię książek o duchach. Okazało się jednak całkiem przyjemną lekturą. W sam raz do odprężenia po przedświątecznym sprzątaniu.

   Z książki jasno wynika, że środowisko gejów i lesbijek jest bardziej tolerancyjne i otwarte na ludzi z "darem". Akcja dzieje się w Nowym Jorku a tam chyba wszyscy są bardziej tolerancyjni... albo po prostu nie zwracają uwagi :)

    Anna jest medium. Widzi i rozmawia z duchami. By nawiązać kontakt potrzebna jest jej cisza i spokój. Miała to w swoim mieszkanku, dopóki do bloku nie wprowadził się pianista. Edward przygotowuje się do konkursu i ćwiczy całymi dniami utwory Mozarta, gra pięknie i to dekoncentruje Annę, skupioną bardziej na muzyce niż rozmowach z duchami. Dodatkowo za Edwardem przywlókł się duch, nawiedzający w wolnych chwilach mieszkanie Anny i udzielający jej niechcianych rad. Duch Mozarta, bo to on odwiedza Annę, twierdzi, że znajomość z nową sąsiadką dobrze wpływa na grę Edwarda i namawia ją do flirtowania z młodym muzykiem. Anna ma jednak złe doświadczenia z poprzednich związków, faceci rzucali ją po usłyszeniu, że dziewczyna jest medium. Anna nie chce by Edward dowiedział się prawdy, tymczasem duch Mozarta chce by przekazała mu ona jego wskazówki dotyczące wykonywania jego utworów.

    O takich duchach to ja mogę czytać! Żadne tam upiory nawiedzające stare domy tylko kulturalni zmarli udzielający rad

Ładna okładka :)

piątek, 06 kwietnia 2012
Wielkanoc

Mam zaległe jeszcze dwa wpisy, ale one pojawią się po Świętach. Teraz piszę by złożyć Wam życzenia.

 


    Dlatego życzę Wam radości, energii i pozytywnego nastawienia do świata, wiosennego humoru i chęci do działania, do czytania i pisania. Chciałabym życzyć Wam też mokrego dyngusa, ale obawiam się, że pogoda dostatecznie nas zmoczy :(

Wypasionych babek, kolorowych pisanek, spokoju ducha i refleksji nad Zmartwychwstaniem Pana.

Wesołych Świąt Wielkanocnych!

14:25, polonisty
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
Linda Howard "Mroczny welon"

Mroczny welon to romans sensacyjny.

    Zabrałam się za nowość Lindy Howard i po przeczytaniu kilku stron, cofnęłam się i uważnie obejrzałam okładkę, czy zgadza się nazwisko autorki i czy książka nie jest pisana „do spółki”. Nie, wszystko OK… poza książką, niestety. Im dłużej czytałam, tym bardziej się dziwiłam, że moja pani Howard napisała TĘ książkę. Jak autorka, która stworzyła postaci Mili Edge i Sary Stevens, mogła stworzyć też takiego płaskiego bohatera, jak Erie Wilder?! Erie to typowy jedermann, o którym uczyliśmy się w szkole… Jest policjantem, lubi dobrą kawę i ma pecha, tyle o nim wiemy a jest to główny bohater! Jaclyn Wilde ma trochę bardziej urozmaiconą osobowość, ale znowuż nie bardzo spójną. Niby zimna i opanowana, ale potrafi wybuchnąć, z tym że wybucha w dziwnych momentach, takich nie bardzo odpowiednich. Najlepiej scharakteryzowaną osobą jest Carrie Edwards, zołza, jędza, egoistyczna, megalomańska, zapatrzona w siebie suka. Zła, zła kobieta! Złośliwie robiąca ludziom przykrość, tylko dlatego, że może. Grymasząca jak primadonna, nie licząca się z cudzą pracą i czasem snobka. Przekonana, że wszystko jej wolno, bo wychodzi za mąż za syna senatora. Umyślnie raniła ludzi by obserwować, co z tego wyniknie. Ale Carrie zostaje zamordowana na początku książki i aż do końca nie ma już dobrze skonstruowanej postaci :(

    Jaclyn Wilde jest organizatorką imprez, w tym ślubów. Jej agencja zajmuje się planowaniem ślubu Carrie Edwards, prawdziwej potworzycy. Swoimi fochami i wygórowanymi wymaganiami, oraz złośliwym niezdecydowaniem przyszła panna młoda doprowadza do szału wszystkich ludzi organizujących jej ślub. Jaclyn nie daje jednak sobą pomiatać, więc Carrie zwalnia ją, policzkuje i grozi zrujnowaniem reputacji firmy. Kilka minut po tej kłótni, Carrie zostaje zadźgana rożnami do szaszłyków – osiemnastoma. Jaclyn, która jako ostatnia widziała ofiarę, staje się główną podejrzaną. Sprawę zabójstwa prowadzi detektyw Erie Wilder, z którym Jaclyn spędziła jedną upojną noc. Morderstwo bardzo komplikuje ten świeżo rozkwitający romans.

Nie ogarniam, co się stało? Linda Howard, poza świetnymi thrillerami, pisze także inne książki, romanse paranormalne, komediowe, sensacyjne i, jak do tej pory, to dobre książki były. Ten „Ciężki welon” to wpadka smutna.

Polecam wszystko inne tej autorki.

00:43, polonisty
Link Komentarze (12) »
Tagi
stat4u