blog o książkach
RSS
piątek, 30 marca 2012
Davidson Mary Janice "Królowa Betsy"

Czuję się jak w reklamie kredytu, tylko za mną nie chodzi odkurzacz, ale wampiry. Przez te trzy dni pochłonęłam trzy części cyklu Królowa Betsy. Tak, o wampirach. Zazwyczaj po pierwszym tomie robię przerwę, by wysmażyć dla Was recenzję. A tu od razu trzy tomy przeczytałam, to o czymś świadczy.

    Oto jest komedia paranormalna. Poprzedniej książki – Wampira z sąsiedztwa, nie można nawet porównywać. W zasadzie ten cykl można traktować jako podsumowanie „wampirycznego szału”, który zapanował po sukcesie Zmierzchu – podsumowanie z przymrużeniem oka. Czy wampir po przemianie musi rezygnować z dotychczasowego życia? Czy musi zakładać powiewającą czarną pelerynę, mieszkać w ponurym zamczysku, hodować trzódkę „karmicieli” i ukrywać fakt swego istnienia? To teraz wyobraźcie sobie, że ktoś taki jak Elle Woods (Legalna Blondynka) zostaje przemieniony w wampira i łamie wszystkie te zasady…


    Elisabeth Tylor (tak, dokładnie jak ta aktorka), dla przyjaciół Betsy, zostaje zaatakowana i pogryziona przez grupę dziwnych ludzi, zwolniona z pracy i rozjechana przez samochód. Po kilku dniach budzi się w trumnie w zakładzie pogrzebowym, ubrana w tandetny różowy kostium i stare buty swojej macochy. Betsy ma kompletnego fioła na tle markowych butów, więc nie trudno zrozumieć, jak ten fakt nią wstrząsnął. Elizabeth od razu zdaje sobie sprawę, że jest martwa i że powinna dokończyć dzieło przeznaczenia i się dobić. Próbuje skakać z wieżowca, utopić się, porazić prądem, wypić truciznę – na próżno, nic nie skutkuje. Zdesperowana idzie nawet do kościoła, by ksiądz ją egzorcyzmował. Bohaterka nie od razu zdaje sobie sprawę, że jest wampirem, wydaje jej się, że jest raczej zombie. Ale też z Betsy nie taki zwykły wampir – kobieta może nosić krzyżyk, nie straszna jej święcona woda, modlitwa czy światło słoneczne, nawet przebicie kołkiem serca nie może jej zabić. A to dlatego, iż jest ona Królową Wampirów.

    W pierwszej części cyklu, Nieumarła i niezamężna, Elizabeth musi pokonać dotychczasowego władcę wampirów – Nostro i poznać naturę bycia nieumarłym. Kobieta nie ma przy sobie innego wampira, który wyjaśniłby jej specyfikę tego „gatunku”, więc wszystko poznaje sama i tu tkwi sedno komedii. Okazuje się, że prastara Księga Nieumarłych przepowiada pojawienie się Królowej i upadek dotychczasowego władcy, przepowiada też kilka innych rzeczy, ale o tym nikt Betsy zawczasu nie informuje.

    W drugiej części, Nieumarła i bezrobotna, królowa Betsy zatrudnia się w ekskluzywnym sklepie z obuwiem. Wspomniałam już, że Betsy kocha buty? To że królowa pracuje jako ekspedientka bardzo nie podoba się innym wampirom, a zwłaszcza Sinclairowi – Królowi Wampirów. W mieście zaczynają grasować młodociani łowcy wampirów zabijając poddanych Betsy, więc królowa musi zacząć działać. Okazuje się, że ktoś chce zdetronizować Elizabeth przebijając ją kołkiem.

***

- Jestem wampirem, stary durniu! Mam wysunąć kły i je zaprezentować? - Ale... to niemożliwe! - wyrwało się jednemu z durnowatych nastolatków. Wbiłam w niego wzrok... i go rozpoznałam. Wszyscy cofnęli się o krok, gdy na nich natarłam. - Znam was! Rozkapryszeni Kolędnicy! - Nieustraszeni Wojownicy - bąknął jeden z nich, surfer, którego widziałam zeszłej nocy. - Ostrzelaliście mój samochód, a teraz przyszliście tutaj? - Odwróciłam się do Marca i Jessiki. - Nic wam nie zrobili? - Ależ skąd - powiedział wielki idiota w czerni. W jego głosie brzmiała uraza - to ci dopiero tupet! - Zabijamy jedynie martwych

***

- Nie możesz nas winić za nasze zdziwienie - powiedziała Ani. Nazywała się Ani Goodman. Świetne imię dla łowcy wampirów, nie? Zabrać ją do porządnego fryzjera i stałaby się poważnym przeciwnikiem. - Ty jesteś po prostu taka strasznie... yyy... - Próżna - odezwał się Marc. - Krzykliwa - dodał ojciec Markus. - Irytująca - dorzuciła Jessica. - Było już „próżna"? - spytał wyglądający jak surfer Jon. - Jacy wy zabawni. - Skrzyżowałam ramiona i na dokładkę założyłam nogę na nogę. - Jeśli już się każdy pośmiał moim kosztem... - Ja jeszcze nie - powiedział Marc. - To dziwne - stwierdził ojciec Markus. - Co ty powiesz! - Dotychczas byliśmy pewni, że wypełniamy wolę Boga. - Aha. Myślałam, że wciąż mówimy o mnie. - Na pewno zaraz wrócimy do ciebie - pocieszyła mnie Ani, a Jessica wybuchnęła śmiechem.

***

    W trzeciej części, Nieumarła i niedoceniona, królowa dowiaduje się, że ma przyrodnią siostrę, która jest pomiotem szatana, mającym przejąć władzę nad światem. Tych rewelacji udziela wspomniana już wcześniej Księga Umarłych. Księgi nie można czytać za długo, ponieważ grozi to pomieszaniem zmysłów. Betsy zdenerwowana pojawianiem się coraz to nowych faktów, bierze się do lektury i zmienia w prawdziwą sukę (przepraszam za wyrażenie). Na szczęście tylko na jeden wieczór… Laura, siostra Besty, okazuje się przemiłą słodką, dziewczyną, która po porzuceniu jej przez matkę (macochę Betsy, tą która do trumny ubrała ją we własne znoszone buty) została adoptowana przez pastora. Laura nie chce władać światem, za to pomaga Betsy zdusić strajk pracowników w nocnym klubie dla wampirów.

A oto słowa samej autorki - podziękowania: Ta książka nie mogłaby powstać bez... beze mnie! Oraz bez mojego męża, mojego speca od PR, mojej siostry, rodziców, redaktora, przyjaciółek, agenta, korektora, projektanta okładki, przedstawicieli handlowych, zespołu od marketingu, sprzedawców książek, producentów czekoladek Godiva oraz moich czytelników. Ale głównie beze mnie.

    Szkoda, że dobre serie tak szybko się kończą ;(

Polecam, bo śmieszne :)

sobota, 24 marca 2012
Sparks Kerrelyn "Wampir z sąsiedztwa"

    Aż się boję zamieszczać kolejny wpis… Tytuł – Wampir z sąsiedztwa – nie pozostawia żadnych złudzeń. Paranormalna komedia romantyczna… i co straszniejsze… trzecia (albo czwarta) część cyklu… (tzn. terminu „cykl” użyjmy umownie, po prostu bohaterowie się powtarzają). I zaznaczę od razu, że pierwsza część – Jak poślubić wampira milionera – była zdecydowanie śmieszniejsza, bo czyż wampir, który stracił kieł gryząc gumową lalkę (tą taką do zabaw dla dorosłych), może nie być śmieszny?

Wampir z sąsiedztwa trochę wieje nudą. Trochę przypomina też Kopciuszka – szara myszka z prowincji i wampir, projektant mody światowej sławy. Najlepiej wypada w tym wszystkim stara niania, nosząca przy sobie cztery pistolety, nieustannie próbująca zajrzeć szkockim wampirom pod kilty…

    Książkę oceniałabym raczej w kategorii lekkie romansidło, bo do porządnej fantastyki trochę jej brakuje. Są tu zabawne momenty, można się trochę pośmiać, intryga, pojedynki na szpady, pojawia się nawet wilkołak, tylko trochę za bardzo przypomina zwykłego psiaka. Ogólnie całkiem dobra lektura do poczytania i odprężenia się.

    Jean-Luc Echarpe ma kłopoty. Jest światowej sławy projektantem mody, ale jest też wampirem i ostatnio zaczęły interesować się nim media. Dziennikarzy szczególnie zainteresowało to, że Jean-Luc się nie starzeje. Z bólem serca wampir zgodził się, że musi na jakieś 25 lat zniknąć ze świata mody. Postanawia ukryć się w małej mieścinie w Teksasie, by po jakimś czasie wrócić, jako własny syn. W tej mieścinie Jean-Luc poznaje Heather, która nosi rozmiar 12. (Nie wiem jaki jest polski odpowiednik.) A że tę książkę napisała kobieta, więc Heather o rozmiarze 12 bardzo się podoba Jean-Lucowi, który do tej pory obcował z modelkami o rozmiarze 0. Od najmłodszych lat, marzeniem Heather było projektowanie ubrań (dla kobiet, nie dla wieszaków), więc zgadza się na propozycję Jeana, by przystosować jego kolekcję dla kobiet w każdym rozmiarze. Kolejnym problemem projektanta jest psychopatyczny wampirzy morderca, który od wieków poluje na Jean-Luca i zabija jego kochanki. Teraz morderca poluje na Heather i jej córeczkę. Jean-Luc i kilku szkockich wampirów chronią kobietę, starając się jednocześnie ukryć przed nią, kim naprawdę są. Miłość rozkwita, morderca poluje, wampir wmawia byłemu mężowi Heather, że jest karaluchem, Fidelia (ta stara niania z pistoletami) zabija niewinne wiewiórki, jest trochę wybuchów i pojedynków i wszystko dobrze się kończy.

    Książki Kerrelyn Sparks trafiają na listy bestsellerów i otrzymują prestiżowe nagrody… w przypadku tej pierwszej książki, jeszcze bym się zgodziła na te zachwyty. To było coś nowego i bardzo zabawnego. Wampir z sąsiedztwa trochę powiela akcję, przydałoby się coś nowego i zaskakującego. Ogólnie dobrze się to czyta, ale raczej nie pozostaje na długo w pamięci.

Polecam Jak poślubić wampira milionera.


środa, 21 marca 2012
Carriger Gail "Bezduszna" Protektorat Parasola 1

Zamiarem moim było przeczytanie czegoś normalnego. Coś znalazłam, to coś było krótkie i polskie. A poza tym szkoda słów. Wiem, że zdarzało mi się w przeszłości wyrażać mało pochlebnie o pewnych powieściach, ale o tamtej nie napiszę nic.

    Zaczęłam więc szukać kolejnej normalnej książki i … znalazłam fantastykę. To napiszę o fantastyce. Znów.

    Bezduszna to pierwsza część serii Protektorat Parasola. Połączenie typowego romansu historycznego z wampirzo-wilkołaczym horrorkiem. Całkiem zmyślne, ale szału nie ma. Wątek romansowo-historyczny za bardzo typowy i charakterystyka postaci odrobinę kuleje, bohaterowie są „płascy”. Wydarzenia paranormalne trochę te braki nadrabiają. Wątki są fajnie przemyślane i przede wszystkim jest tu coś nowego, powiew świeżości – ludzie pozbawieni duszy, którzy potrafią niwelować skutki wampiryzmu i wilkołactwa (wilkołakowatości?*). Dotykają tacy wampira, a temu znikają kły i światłowstręt, dotykają wilkołaka a on zmienia się z powrotem w człowieka.

    Główną bohaterką książki jest bezduszna stara panna (fajnie to brzmi) Alexia Tarabotti, która ze względu na swój duży nos, śniadą cerę i włoskie korzenie nie może znaleźć męża. Poza tym kobieta jest jeszcze sawantką pozbawioną duszy, ale to szczegół. Pewnego dnia Alexia zabija wampira, zabija w obronie własnej -  parasolką, i wplątuje się tym samym w poważny spisek, mający na celu eliminację stworzeń nadprzyrodzonych. Alexia rozpoczyna współpracę z apodyktycznym alfą sfory Woolsey i szefem BUR-u (Biura Ultranaturalnych Rzeczy) hrabią Macconem (hałaśliwym, gburowatym i zabójczo przystojnym wilkołakiem) starając się wyjaśnić tajemnicze zniknięcia wampirów i wilkołaków. Sprawa staje się niebezpieczna, gdy spiskowcy próbują porwać Alexię, odkrywszy kim ona jest i jak bardzo jej „przypadłość” mogłaby pomóc w ich misji. Oczywiście Alexia zakochuje się w wilkołaku, on ją kompromituje w porywie namiętności, później się oświadcza a ona mu odmawia, bo nie chce go zmuszać do małżeństwa bez miłości.

    Na razie daruję sobie kolejne części. Jeśli kogoś interesuje coś nowego, to może przeczytać, ale jakoś tak namiętnie nie polecam…

PS. Okładka mi się nie podoba :(

 

* mówcie mi słowotwórco  he he

wtorek, 13 marca 2012
Pjankowa Karina "Z miłości do prawdy"

Lektura tej książki skłoniła mnie do wysnucia pewnych wniosków, a w zasadzie do ugruntowania opinii. Po pierwsze: na chwilę obecną rosyjscy pisarze są w czołówce twórców fantasy – moim zdaniem. Izmajłowa, Ruda, Gromyko, Pjankowa, Siemionowa, Pankiejewa – wiem, same kobiety, ale to moje ulubione ;)

Po drugie: jednym z najlepszych wydawnictw, wydających fantasy, jest Fabryka Słów, również moim zdaniem. Dlatego że wydają świetnych polskich autorów (m.in. Pilipiuk, Białołęcka) ale i tych zagranicznych (czytaj; w szczególności rosyjskich), a do tego mają świetnych grafików, ich okładki są śliczne!

A trzecim malutkim wnioskiem jest, że jak już będę duża, to chcę zostać Rinnelis Tyen :) Ten kto zna tę książkę pewnie puka się w głowę, bo lare Tyen jest zimną, bezduszną, pedantyczną, sadystyczną, pozbawioną uczuć i emocji żmiją. Tak właśnie mówią na nią w Wydziale Śledczych Straży Królewskiej miasta Illeny – Żmija.

Ludzie nie potrafią nic, ale więzienia robią doskonałe: wilgotne, zatęchłe i wstrętne. I jeszcze świetnie kształcą swoich śledczych, wyciągając z nich wszelkie ludzkie uczucia - nie ma w nich ani współczucia, ani zrozumienia, nic, co czyniłoby żywą istotę rozumną. Gdy Riencharn po raz pierwszy zobaczył młodą dijes prowadzącą jego sprawę, pomyślał: może jednak będzie dobrze? Dijes Tyen była uprzejma i życzliwa, choć w zdumiewający sposób przypominała kobrę z zaciekawieniem oglądającą mysz, która z głupoty weszła jej w drogę. Jego, kahe, dijes traktowała jak przedmiot, jak swoją ofiarę. Nie istniała dla niej teraźniejszość i przyszłość, interesowała ją jedynie przeszłość, i to wyłącznie w aspekcie zdobycia odpowiednich informacji.

***

Po dwóch magicznych podróżach z rzędu czułam się jak cytryna nie tyle wyciśnięta, co przepuszczona przez maszynkę do mięsa. Teleportacja jest zaklęciem złożonym i bardzo energochłonnym, więc gdy znalazłam się w swoim gabinecie, od razu opadłam na fotel i wyjęłam z szuflady biurka czekoladę, którą trzymałam tam właśnie na takie okazje. Co prawda od czasu do czasu pożerałam ją mimo braku sytuacji krytycznej - jeszcze by się zepsuła...

***

Taellon jadł aż mu się uszy trzęsły, zapominając o manierach, musiał być naprawdę głodny. Patrzyłam na to ze skrywaną przyjemnością. Swoją drogą, nakarmienie mężczyzny sprawia ogromną satysfakcję - od razu czujesz się mistrzem sztuki kulinarnej. Kobiety są pod tym względem zupełnie bezużyteczne - obsesyjnie przejęte nadwagą, jedzą mało i niechętnie albo z kwaśną miną: „Zjadłabym, ale mi nie wolno”. Mężczyźni są zwykle dalecy od takich rozterek, jedzą ze smakiem i tyle, ile dusza zapragnie. Miłe.

***

    Książka napisana świetnym językiem, pełnym ironii i humoru. Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia bohaterów, najwięcej z punktu Rinnelis, ale często „wchodzimy w myśli” także pozostałych postaci. Co ciekawe mało jest informacji o mieście i kraju, w którym rozgrywa się akcja. Są opisy, nawet dość dokładne, pomieszczeń i domów, ale nie tego co znajduje się na zewnątrz. Może dlatego, że bohaterka częściej się teleportuje niż łazi po mieście…

    Z miłości do prawdy to właściwie kryminał osadzony w fantastycznej rzeczywistości. Najlepsza śledcza wydziału otrzymuje sprawę zabójstwa córki księcia. Powierzono tę sprawę właśnie jej, gdyż, jako jedyna, z pewnością nie podda się żadnym naciskom „z góry”, nie przyjmie łapówki ani nie przestraszy się gróźb. Na miejscu zbrodni, nad ciałem, złapano podejrzanego kahe – nieludzia (takie nazewnictwo – nieludzie, człowieki, a w rodzaju żeńskim – człowieczki). Od razu stwierdzono, że jest winny i gdyby sprawa nie trafiła do takiej pedantki, jak Rinnelis, podejrzanego już dawno by stracono. Jednak dla śledczej sprawa nie jest taka prosta. Po długich przesłuchaniach, lare Tyen dochodzi do wniosku, że kahe jest niewinny i że trzeba go chronić, gdyż to on jest celem całego spisku. Od tego momentu ktoś próbuje zabić lare Rinnelis by nie pozwolić jej odkryć prawdy. Ponadto kahe, który okazuje się być członkiem rodu panującego na południu, poprzysięga krwawą zemstę mordercy księżniczki, która była jego kochanką. Rinnelis musi więc trzymać z dala i w bezpiecznym miejscu żądnego krwi kahe, uniknąć zamachu na swoje życie i odnaleźć mordercę cały czas utrzymując swoją pozycję zimnej i nieczułej żmii.

    Zakończenie jest zaskakujące, nie zdradzę dlaczego. I dodam, że autorka jest tylko dwa lata młodsza ode mnie a już wydała dwie książki fantasy. Szacuneczek!

Polecam bardzo.

sobota, 10 marca 2012
Andrzej Pilipiuk "Kroniki Jakuba Wędrowycza"

Absurd!!!

Tego nie da się inaczej określić. Chciałoby się powiedzieć – głupota, ale to słowo zupełnie tu nie pasuje, Jakub Wędrowycz jest po prostu jednym wielkim nonsensem. W zasadzie, to jestem przekonana, że lekturę Wędrowycza należy sobie dozować. W nadmiarze z pewnością szkodzi… zwłaszcza zaś mogą zaszkodzić opary wypitego przez bohatera alkoholu, które niemal przesączają się przez kartki książki… Tylko, co ciekawe, ten absurd zupełnie nie przeszkadza, jest czysto rozrywkowy, nie trzeba się wysilać na zrozumienie „co autor miał na myśli”, tylko dobrze się bawić. Tym bardziej, że książka napisana jest świetnym językiem. Po każdym przeczytanym opowiadaniu, mruczałam sobie z rozbawieniem pod nosem – masakra! – i czytałam dalej. A ten „skubaniec” zawsze cało wychodził z opresji, cała wieś mogła zginąć pod gruzami, a jemu nic się nie mogło stać.

    Jakub Wędrowycz ma ponad 80 lat, pisać i czytać uczył się za cara, czyli jeszcze cyrylicą, nie dziwi więc, że po polsku nie bardzo mu to idzie. Jego ulubionym strojem są: spodnie od carskiego munduru i kurtka od niemieckiego, do tego obowiązkowe gumowce. Włoski przygładza Jakub skórką od boczku. Jeśli chodzi o higienę, to Wędrowycz nie przepada za kąpielą, gdyż uważa, że mydło robione jest ze zdechłych krów, co go brzydzi. Zęby Jakub ma – złote (złośliwi twierdzą, że ukradzione nieboszczykom). Pod podłogą ma ukrytą cysternę bimbru, nie zna się na zegarku, potrafi pokonać wroga siłą swych brudnych myśli, ektoplazma nie może zrobić mu krzywdy, bo Jakub ma za duże stężenie alkoholu we krwi. Ponadto posiada: sprawność umysłu - sto siedemdziesiąt jednostek przy normie sto czterdzieści. Pamięć - sto dwadzieścia jednostek przy normie osiemdziesiąt. Zdolności kojarzenia faktów - sto dwadzieścia przy normie osiemdziesiąt. I lubi jeść psy…

***

Obudził sie w środku nocy i przypomniał sobie jak przez mgłę, że na targu widział kobietę, która kupowała kurczęta. Same czarne. — Czary— mruknął sam do siebie. Zwlókł się z łóżka i podreptał do kuchni. Do dużego emaliowanego garnka wrzucił garść´ suszonych muchomorów sromotnikowych, dodał koński pączek i kilka własnych włosów, następnie zagotował to wszystko i wyszedłszy przed dom, sporządzonym wywarem wymalował wielki dziwny znak na ziemi. —Mełgełe— rzucił w przestrzeń i złożył palce w odpowiedni sposób. W promieniu czterdziestu kilometrów do rana padły wszystkie czarne kury.

***

— No to co. Jest taki niebieski proszek, co się wigry nazywa... — Coś ci się popieprzyło, wigry to nazwa roweru. — A ja myślałem, że na cześć jeziora. No, nieważne. Jest taka niebieska tabletka, a potem nawet staruszek może iść podrywać młode dupcie. — Aż tak zmienia wygląd zewnętrzny? Coś podobnego — zdumiał się Semen.— A więc hotel, barek, striptiz...

***

—Chcesz sobie trochę dorobić? — zapytał. Próba korumpowania policji powiodła się. — W jaki sposób?— praktykant połknął haczyk. —Dam pięć starych milionów, znaczy pięćset złotych za klucz od tych drzwi. — To będzie trudne. — Tysiąc? — Ja bardzo chętnie, tyle tylko, że tu nie ma zamka, tylko zasuwa. Wyszedł, zanim Jakub wpadł na jakiś pomysł. Najpierw długo klął, a potem zaczął przeszukiwać kieszenie. Kieszenie zawierały wszystko to, co miał w nich w chwili aresztowania. Widocznie wcale nie został zrewidowany. Sprawdzono jedynie, czy ma przy sobie broń. W tylnej znalazł pilnik ślusarki typu iglak, którego używał czasem do ostrzenia paznokci. Popatrzył w zamyśleniu na kratę w oknie, a potem zaczął ją piłować. O jedenastej w nocy ostatni pręt poddał się. —No, to do dzieła— szepnął sam do siebie i wyskoczył oknem. Znalazł się na cichej, spokojnej uliczce, na tyłach komisariatu. —Jestem wolny!— krzyknął na całe gardło. Syrena radiowozu ryknęła mu tuż za plecami. Jakub z wrażenia upuścił trzymaną w ręce kratę i rzucił się do panicznej ucieczki.

 

No czyż tego bohatera można nie kochać??? Jest bardziej niż pewne, że sięgnę po następną książkę o przygodach tego pana.

środa, 07 marca 2012
Katarzyna Berenika Miszczuk "Wilk"

Zgadnijcie co mnie skłoniło do przeczytania tej książki? ;P

    Miałam mieszane odczucia odnośnie Wilka, do momentu, gdy dowiedziałam się, że autorka napisała tę powieść mając tylko 15 lat. Wiadomość ta znacznie osłabiła ostrze mej krytyki :) Muszę przeczytać coś późniejszego, bo widzę tu duży potencjał. Jak na piętnastolatkę, naprawdę nieźle i kolejne książki tej pani mogą być całkiem dobre.

    Styl troszkę toporny, nierówny. Są momenty bardzo dobrej, lekkiej narracji i nagle – zgrzyt. Ale to tylko momentami, dlatego wydaje mi się, że z wiekiem autorka powinna całkiem wyeliminować takie niezręczne momenty.

Dużo bardziej, niż styl, zaintrygowała mnie fabuła. No bo zobaczcie sami: młoda dziewczyna przeprowadza się z dużego miasta do jakiejś mieściny. Tam, w nowej szkole jest grupa uczniów, całkowicie odcinających się od pozostałych rówieśników. Wśród nich jest jeden chłopak – tajemniczy i przystojny, który podoba się bohaterce od pierwszego wejrzenia. Jednak on nie zwraca na nią uwagi, mało tego, kompletnie ją ignoruje. Aż do momentu gdy ratuje jej życie. W jakiś nadzwyczajny sposób dostrzega samochód, pędzący podczas ulewy i odciąga Margo z jezdni. Dziewczyna zaczyna bardziej interesować się Maksem i jego znajomymi, którzy nie dopuszczają do siebie żadnych obcych… Tak to jest akcja Wilka – nie Zmierzchu, ale przez pierwszych kilkanaście stron zastanawiałam się, o co chodzi. Co ciekawe Wilk wydany został w 2006 a Zmierzch w 2007… w Polsce…

    Niestety końcówka całkiem autorce nie wyszła. Szkoda, bo początek, pomimo niepokojących podobieństw, zapowiadał się ciekawie. Ale biorąc poprawkę na wiek pisarki, można to wybaczyć :) Są tu naprawdę zabawne sceny, gdzie pani Miszczuk pokazuje poczucie humoru:

Gdy po zajęciach obolała wyczłapałam z budynku, podszedł do mnie Peter. – Świetnie dzisiaj pływałaś. – Dzięki – odpowiedziałam zakłopotana, grzebiąc przy rowerze. – Może cię podwieźć? – zaproponował. O ho, ho!!! – Eee, nie. Chyba trochę za mało cię znam... – No wiesz! A już myślałem, że przestałem wyglądać jak maniakalny zabójca. – Roześmiał się, a na jego policzkach pojawiły się te jego fajne dołeczki. No proszę, on mnie... lubi. Coś takiego! Jak powiem o tym Ivette, to chyba padnie. Już nie mogę się doczekać, kiedy do niej zadzwonię. Ha, ha! Tak jak sądziłam, Iv zatkało. Najpierw nie mogła wydusić z siebie słowa, a potem jeszcze na mnie nakrzyczała, że nie skorzystałam z zaproszenia Petera. Ona ma coś z głową. Miałabym wsiadać do samochodu obcego chłopaka? A gdyby naprawdę był maniakalnym mordercą?

    Jednak jest kilka, moim zdaniem, poważnych niedociągnięć, np. reakcja bohaterki na to, że jej chłopak zmienia się w wilka:

Bezszelestnie podkradłam się do najbliższej kępy krzaków i zaczęłam ich obserwować, próbując wypatrzeć Maksa. Nagle wśród osób zgromadzonych przy ognisku zaczął się ruch. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, o co chodzi, gdy nagle na polanę wbiegł srebrzystoszary wilk. Przestraszona, cofnęłam się. Myślałam, że metalowcy zaczną uciekać, albo chociaż krzyczeć, ale oni po prostu siedzieli dalej jakby nigdy nic. Wilk podszedł do jednej z dziewcząt i pozwolił, żeby włożyła mu na pysk ten ich czarny worek. Nic nie rozumiejąc, patrzyłam tylko i nagle, ku mojemu zdumieniu, wilk zamienił się na moich oczach (no, w zasadzie to pod tym workiem) w Maksa! Widziałam to na własne oczy, ale nie mogłam uwierzyć! Powoli znikało futro, przednie łapy przekształciły się w ręce, a tylne w nogi! Po paru sekundach Max stał już w ludzkiej postaci i witał się z przyjaciółmi. Tak jakby to, co przed chwilą zrobił, było czymś normalnym! Byłam przerażona, mimowolnie cofnęłam się i nadepnęłam na gałązkę, która z głośnym trzaskiem pękła pod moim ciężarem.

Moim zdaniem reakcja odrobinę zbyt łagodna. Ponadto, jakoś nikt z bohaterów nie przejął się za bardzo, gdy wyszło na jaw, że banda zwariowanych naukowców zabiła kilkadziesiąt noworodków, podając im szczepionkę powodująca mutację genów… Ale najbardziej brakowało mi dwóch niezwykle istotnych elementów, bardzo ważnych jeśli chodzi o wilkołacze horrory. A jest to, po pierwsze, dokładny opis wilka – wygląd i zachowanie -jak jest duży, jak się zachowuje w stosunku do ludzi, sposób poruszania się, jakieś zwierzęce instynkty, może jakieś krwawe polowanko – czyli wszystko to co budzi grozę. I drugi element, czyli przemiana, ze wszystkimi tymi chrupaniami kości, latającymi kłakami i obrzydliwymi odgłosami. Tego nie było, a szkoda.

    Jednak wróżę pani Miszczuk karierę pisarki, bo dobrze się zapowiada i ma potencjał :) Dlatego sięgnę jeszcze po książkę ten autorki.

poniedziałek, 05 marca 2012
John Flanagan "Cesarz Nihon-Ja" księga 10

I oto dziesiąty tom Zwiadowców. Jakoś tak wygląda, jakby miał być ostatni. To oczywiście nie musi nic oznaczać. Byłam przekonana, jakiś czas temu, że ostatni tom, to był ten, w którym Will został pełnoprawnym zwiadowcą – a od tamtego czasu wyszły cztery kolejne. Nawet jeśli to ostatnia część przygód zwiadowcy, to autor już pracuje nad następną serią, której bohaterem będzie młody Skandianin.

    W dziesiątej księdze Zwiadowców, w tarapaty, dla odmiany, wpada Horace. Przyjaciel Willa odbywa wyprawę do odległego cesarstwa Nihon-Ja, by zapoznać się z egzotycznymi sposobami walki (jeśli przyjmiemy, że Horace to taki jakby europejski rycerz, to wojownicy Nihon-Ja, to japońscy samurajowie). Podczas pobytu młodego rycerza na dworze cesarza, jeden z wielmożów wypowiada posłuszeństwo władcy i próbuje siłą przejąć władzę. Horace staje po stronie cesarza i razem z niewielką grupą wojowników uciekają do twierdzy ukrytej głęboko w górach. Gdy Will i Halt dowiadują się o kapotach przyjaciela, niezwłocznie organizują wyprawę ratunkową. Kiedy wraz z kurierką Allys i księżniczką Cassandrą docierają do Nihon-Ja, okazuje się, że armię cesarza stanowią niewprawni w walce chłopi i drwale, zaś uzurpator dysponuje armią wykwalifikowanych wojowników. Na szczęście Will ma pomysł jak zaradzić sytuacji. Postanawia wyszkolić drwali na modłę Toscańską ( w naszej rzeczywistości to będzie Starożytny Rzym), gdzie o przewadze decyduje praca zespołowa, solidna musztra i wykonywanie rozkazów. Odpowiedzialność za losy kraju spoczywa również na barkach Allys i księżniczki Araluenu – we dwie wyruszają w niebezpieczną podróż, by szukać sprzymierzeńców wśród tajemniczych mieszkańców gór. Ci mieszkańcy gór to też ciekawe postacie. Opisywani jako tajemnicze olbrzymy, porośnięte rudymi kłakami, niesamowicie bitni i waleczni, nie chcą początkowo przyłączyć się do wojsk cesarza. A to dlatego, iż by to zrobić musieliby przejść przez las w którym starszy demon. Demonem tym okazuje się tygrys ludojad a zabijają go Allys i Cassandra… ponad tysiąc walecznych wojowników a tygrysa musiały pokonać dwie kobiety…

    Oczywiście wszystko dobrze się kończy. W tej części dużo jest takich militarnych szczegółów, opisów walk i sposobów prowadzenia wojen. Kończy się podwójnymi zaręczynami, stąd moje przypuszczenie, że to koniec serii. Ale kto wie?

Polecam.

sobota, 03 marca 2012
Nora Roberts "Zdrada i śmierć"

Tęskniliście za Eve Dallas? Tęskniliście :)

     Świeżutka część przygód pani porucznik. Tym razem pojedynek na szczycie – porucznik kontra porucznik. Eve prowadzi sprawę zabójstwa sklepikarza, kiedy jej podwładna Peabody podsłuchuje rozmowę pani porucznik wydziału do przestępstw narkotykowych z jednym ze swoich detektywów. Porucznik Oberman wydaje rozkaz zabicia jednego ze swoich informatorów. Okazuje się, że nieuczciwa pani porucznik stworzyła w komendzie głównej całą szajkę handlującą skonfiskowanymi narkotykami. Renee Oberman jest też niestety córką byłego komendanta policji – świętego Obermana, którego kocha i podziwia niemal każdy policjant w Nowym Jorku. W miarę zagłębiania się w sprawę Eve odkrywa jak wiele osób jest w nią zamieszanych, oraz że informator nie jest pierwszą ofiarą – porucznik Oberman ma na swym sumieniu także dwoje policjantów.

    To tak w skrócie :) Na końcu obowiązkowy łomot, czyli skopanie tyłka niegodnej policjantce, która ośmieliła się splamić swą odznakę i policyjny honor! Przyznam wam się szczerze, że prawie  założyłam się z moją panią z biblioteki, że Eve i Roarke będą mieli dziecko (kto czyta, wie jak bardzo jest to wątpliwe). Czuję, że to wydarzenie będzie się równało zakończeniu serii. I tak się zastanawiam, czy aby nie będzie to za kolejnych 33 części :) Na razie i Eve i Roarke prędzej odcięliby sobie po jakiejś kończynie, niż pomyśleli o potomku ;)

polecam niezmiennie :)

czwartek, 01 marca 2012
Jeaniene Frost "Pierwsza kropla szkarłatu"

Znów demony… Mam pecha :(

Jeaniene Frost jest autorką cyklu Nocna łowczyni, którego trzy części przeczytałam jakiś czas temu. Pierwsza kropla szkarłatu (First Drop of Crimson) to początek nowego cyklu – Świat nocnych łowców (tłum. nieoficjalne). Bohaterką tego pierwszego cyklu, jest Cat – pół człowiek, pół wampir, która poluje i zabija inne wampiry. Cat, w walce, szkolił wampir Bones, w którym kobieta się zakochała i który został później jej mężem. W świecie pani Frost wampiry nie boją się słońca, ani srebra, no chyba, że wbije się im srebrny nóż w serce i przekręci… umieją latać, czytać w myślach, hipnotyzować. Występują tu też inne nadprzyrodzone stwory, jak duchy czy ghule (coś jakby zombie).

    Bohaterką Pierwszej kropli szkarłatu jest Denise, przyjaciółka Cat, w pełni człowiek. Denise nie chce mieć do czynienia ze światem nieumarłych i nadprzyrodzonych, od momentu kiedy jej mąż zginął w wyniku wojny między wampirami. Niestety, świat ten wdziera się, mało że do jej życia, to także włazi pod skórę – dosłownie. Demon naznacza Denise i grozi, że zabije wszystkich jej krewnych, jeśli ona nie odnajdzie i nie przyprowadzi do niego Nathaniela, człowieka, który przed laty zawarł z nim pakt i nie wywiązał się z umów. Nathaniel jest dalekim krewnym Denise i ukrywa się wśród wampirów. Denise nie może odnaleźć Cat ani Bonsa, którzy pomogliby jej w poszukiwaniach, dzwoni więc do ich przyjaciela, wampira Spade’a. Spade postanawia pomóc Denise. Dziewczyna, udając kochankę-przekąskę wampira, poszukuje krewnego wśród wampirów z różnych klanów. Sytuacja staje się groźna, gdy okazuje się, że znaki demona sprawiają, iż krew Denise zmienia się w groźny dla krwiopijców narkotyk. Bohaterowie zaczynają zdawać sobie sprawę, że Denise jest cennym, seksownie opakowanym źródłem halucynogennej substancji, na którym niegodziwe jednostki mogłyby nieźle zarobić. Dla Spade’a, który zakochuje się w dziewczynie, niepokojący jest także fakt, że Denise jest tylko delikatnym człowiekiem, który za kilkadziesiąt lat umrze. Wampir zaczyna się zastanawiać jak zmienić w nieumarłą ukochaną kobietę, która nienawidzi istot takich jak on sam…

    Nie ma wilkołaka, za to są duchy… Denise potrafi zmienić się m.in. w kota, ale to nie to samo co prawdziwy wilczek :(

    Jeaniene Frost naprawdę dobrze pisze. Na mojej liście wampirzej literatury, te książki są naprawdę wysoko.

Polecam

Tagi
stat4u