blog o książkach
RSS
wtorek, 28 lutego 2012
Mary Jo Putney "Przepowiednia"

Wśród autorek romansów historycznych, jedną z moich ulubionych jest Mary Jo Putney. A to dlatego, iż odbiega ona od stereotypów, które opisałam wcześniej. Jej bohaterki nie zachowują się jak damy a akcja nie zawsze toczy się w Anglii. Dlatego, mimo wszystko wspomnę tu o tej książce.

     Akcja Przepowiedni toczy się w Indiach w XIX w. (oczywiście). Laura (Larysa) jest Rosjanką a Ian - Szkotem. Ian dopiero przed paroma miesiącami uciekł z niewoli, gdzie, przez prawie trzy lata, siedział w ciasnej dziurze w ziemi. W wyniku brutalnego traktowania, bohater nie jest stuprocentowo sprawnym mężczyzną – i nie ma oka. Ian i Laura spotykają się w trudnych dla siebie momentach życia, ona traci ostatniego krewnego a on jest w poważnej depresji. Oboje postanawiają, że małżeństwo na pewnych warunkach będzie dla nich dobrym rozwiązaniem. On nie jest w stanie wypełniać małżeńskich obowiązków, w wyniku lania, jakie dostał w niewoli, a ona nie chce ich wypełniać, ze strachu przed pogrążeniem się w dzikiej namiętności. Para podróżuje sobie w niezłych humorach przez Indie. Ich relacje komplikują się, gdy Ian odzyskuje pełną sprawność. Teraz on może, ale ona nadal nie chce a Ian obawia się, że zostanie przez żonę uznany za pozbawionego honoru, gdyby się jednak domagał. Pierwsza połowa książki, to takie właśnie podchody w stylu „chciałabym, a boję się” i „obiecałem, więc słowa dotrzymam”. W drugiej połowie bohaterska para ratuje Indie przed strasznym losem, jakim byłoby uwolnienie państwa spod brytyjskiego zwierzchnictwa.

    To jest część druga (albo nawet trzecia). Poprzednia, którą czytałam, opisuje uwolnienie Iana z niewoli.

    Strasznie się uśmiałam z tych rozterek bohaterów. Jest tu trochę błędów korektorskich - literówek. W sumie mogłabym się nie czepiać, ale jestem przeziębiona i brak mi wyrozumiałości dziś :>

PS. Rozbrajają mnie tego typu opisy umieszczane na okładkach – Dla każdej kobiety, która kiedykolwiek kochała… i nie zapomniała.

sobota, 25 lutego 2012
Tanya Huff "Cena Krwi"

Wampiry, demony i tajemnicze księgi… Zaczynając czytać książkę pani Huff, miałam raczej nadzieję na jakieś wilkołaki. Ale niestety. Może są jakieś w drugiej części.

    Osobiście, nie znoszę książek o duchach, demonach itp. Ale przeczytałam do końca. Początek jest zastanawiający. Akcja się dzieje, trupy padają, nawet w sporej liczbie, wydarzenia biegną swoim torem, ale zupełnie jakby nic się nie działo. No nudno trochę. Już pięć ciał poniewiera się po mieście a policja nic nie może ustalić, bo policjanci nie wierzą w wampiry. Na pierwszy plan wysuwają się problemy emocjonalne głównej bohaterki – Victorii Nelson. Byłej policjantki, która odeszła ze służby z powodu problemów ze wzrokiem. Victoria przestała całkowicie widzieć w nocy a w dzień w miarę dobrze widzi tylko dzięki mocnym okularom. Bohaterka nie może pogodzić się z chorobą, która pozbawiła ją ukochanej pracy. Teraz, jako prywatny detektyw, może rozwiązywać tylko łatwe sprawy. Polowanie na demony nie należy jednak do najłatwiejszych. Victorii, w walce z demonem wypijającym ludzką krew, pomaga wampir Henry, nieślubny syn Henryka VIII. Henry jest pisarzem, pisze romanse historyczne, czerpiąc ze swego wielowiekowego doświadczenia w uwodzeniu kobiet. Wspólnie muszą powstrzymać demona i złapać człowieka, który go przyzywa, zanim na świat wydostanie się potężniejszy stwór, gotowy zniszczyć całą Ziemię.

    Na podstawie książki powstał serial – Więzy krwi. Nie oglądałam. Książka wydana jest przez Fabrykę Słów i ma śliczną okładkę :)

    Nie mam co do niej zdania. Przeczytać, przeczytałam, ale nie wydaje mi się by długo pozostała w mej pamięci. Może to brak wilkołaka wpłynął na moją mało entuzjastyczną reakcję.

środa, 22 lutego 2012
Małgorzata Musierowicz "Żaba"

Miałam czytać zupełnie inną książkę! Ale ręka sama mi się wyciągnęła po Żabę. I w sumie miałam przeczytać sobie tylko Żabę, a przeczytałam Żabę, Czarną polewkę i Sprężynę… Dawno już nie czytałam niczego tej autorki – czekam na McDusię.

    Wczoraj był Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego i tak mi się to jakoś ładnie zgrało z twórczością Małgorzaty Musierowicz. Pięknym językiem pisze pani Musierowicz, już zdążyłam zapomnieć. Miłe wytchnienie po tym skomputeryzowanym slangu :) Wczoraj jakiś pan w Wiadomościach mówił, że były czynione próby przełożenia całej tej komputerowej nomenklatury na język polski, oczywiście próby zakończone kompletnym fiaskiem. I tak zamiast „kliknięcia” miał być „dwumlask”… wyobrażacie to sobie???


    Bohaterowie Jeżycjady rzadko spędzają czas przed telewizorem, czy komputerem, wolą czytać książki. Jak my!!! O wzruszenie przyprawiła mnie scena, w której rodzina dzieli się przy śniadaniu przemyśleniami z właśnie przeczytanych lektur. W każdej części autorka pisze o jakiejś smakowitej powieści, cytuje fragmenty wierszy, łacińskie sentencje. Z jej twórczości bije ogromny szacunek do książek i do słowa pisanego. Buduje to wspaniałą atmosferę. Obserwując to, co dzieje się na stronie pani Musierowicz, zauważyłam, że czytają ją nie tylko młodzi. Dużo jest też dorosłych, wychowanych na wcześniejszych częściach Jeżycjady. W sumie jest to cykl, który naprawdę można czytać w każdym wieku. Są to bardzo mądre i ciepłe książki, z niesamowitą atmosferą. Tym razem podczas czytania wykorzystałam zdobycze techniki, by obejrzeć sobie opisywane w książce miejsca. Gdy to czytałam ostatnio, nie miałam dostępu do internetu. Teraz, na satelitarnych zdjęciach Poznania, obejrzałam sobie dokładnie ulicę Roosvelta, Teatralkę i inne często wymieniane miejsca. Chciałabym kiedyś zobaczyć te miejsca na żywo :)

    Ja zaczęłam cykl od Kłamczuchy, a była to moja lektura w podstawówce. I do tej pory dzielę Jeżycjadę na Kłamczuchę i pozostałe części :) Szczerze mówiąc nie zdawałam sobie sprawy, biorąc Szóstą klepkę, że jest to wcześniejsza część cyklu tej autorki. Każdą z pozostałych czytałam po dwa razy… Kłamczuchy nie… Bo to była lektura. Słowo „lektura” tworzy blokadę w mym mózgu i jakoś mnie powstrzymuje. A przecież Kłamczucha to naprawdę dobra książka!

    Nie będę tu dziś opisywać akcji, tym bardziej, że z rozpędu, zamiast jednej, przeczytałam trzy książki:) Wstawię za to fragmenciki o pewnej nauczycielce. Fragmenciki skwapliwie wydłubane. Właśnie za takie drobne kreacje psychologiczne bohaterów uwielbiam panią Musierowicz. Niby zupełnie marginesowa postać a tak wspaniale opisana.

- Zaloty, zaloty! - zagrzmiała z niesmakiem [pani Sznytek]. -Tak, pani Aurelko. Powiem pani, że ja też kiedyś kochałam młodzież, tak jak pani teraz bynajmniej. Ale mi to przeszło. Młodzież łobuzuje, pani Aurelko, a w tych swoich głowach nie ma nic, tylko seks. Takie czasy, kochana.

***

[…] czerwone światło!!! - O Boże! - powiedziała pani Sznytek. - Słucham? - powiedział Żeromski. - Nie mówiłam do ciebie! - warknęła pani Sznytek. - Bądź wreszcie cicho, choćby przez chwilę. - Jakbym był cicho, to byśmy już leżeli pod tym tirem jako nieduży blaszany placuszek - zwrócił jej uwagę Żeromski. - Jak pani widzi czerwone światło, to proszę zatrzymać samochód i czekać, aż się zapali zielone. - Wiem!!! - odpaliła pani Sznytek z niezwykłą nawet u niej gwałtownością. - Ach, tak. Myślałem, że pani nie wie. Tylko dlatego to powiedziałem. - Cicho!!! - wrzasnęła wychowawczyni, dodając gazu i ostro wzięła zakręt w prawo. - Mogę być cicho - zgodził się jej uczeń. - Tylko po co. Pani trudności nie mają źródła na zewnątrz, tylko wewnątrz. Nie, tu pani nie może wjechać, to jest ulica jednokierunkowa.

***

Straszny zgrzyt. Pani Sznytek wrzuciła drugi bieg. Przeleciawszy skrzyżowanie na czerwonym świetle, ścigała się teraz z tramwajem. Nie zważając na przeszkody w rodzaju skrzyżowania i kolejnej czynnej sygnalizacji świetlnej, dzielna wychowawczyni pruła dalej.

***

- Postanowiliście z braciszkiem, że się zabawicie moim kosztem, prawda? - zapytała łagodnie, takim samym tonem, jakiego używała ich wspólna nauczycielka, pani Sznytek, w chwilach, gdy była pewna odpowiedzi przeczącej, podczas gdy w gruncie rzeczy powinna ona brzmieć twierdząco. Następnym manewrem tej wytrawnej wychowawczyni było doprowadzenie do uznania przez winowajcę własnej winy, a najchętniej - do łez świeżo i dobrowolnie obudzonej skruchy, pokornych przeprosin, a wręcz - błagania o łaskę. Wszystko zresztą i tak się kończyło wpisywaniem uwagi do dzienniczka, wzywaniem rodziców, przesłuchiwaniem ich w pokoju dyrekcji, wytykaniem im licznych błędów wychowawczych, napuszczaniem ich na własne dziecko, tak by je w finale surowo potępili, a następnie - uprzytamnianiem winowajcy, jak podle zdradzili go rodzice.

Ech... tak napisaną książkę wspaniale się czyta :)

Szkoda, że tak długo musimy czekać na dziewiętnasty tom Jeżycjady. Ale i tak wiem, że jak już się ukaże, to koniecznie przeczytam :)

Was też zachęcam :*

piątek, 17 lutego 2012
Andrzej Sapkowski "Ostatnie życzenie"

Nie mogę się dopchać do Krwi Elfów, okazuje się, że młodzież jednak czyta coś wartościowego. Zaczęłam więc od Ostatniego życzenia.

Długo się zbierałam z napisaniem recenzji. Po pierwsze dlatego, iż sensu w sumie nie ma pisanie o Wiedźminie. Tyle już pochwalnych hymnów powstało, po co kolejny?  Po drugie, jednak mnie zaintrygowała fabuła, nie wiem, co o niej myśleć. Nurtuje mnie pytanie, co też pan Sapkowski chciał osiągnąć? A może po prostu ekranizacji Disneya nie lubi? Nic to, czekam na tom pierwszy sagi, u nas to ma wzięcie, więc poczekam trochę. Może coś mi wyjaśni :)

    Ale co za językiem posługuje się pan Sapkowski… i to poczucie humoru, subtelne i niesubtelne aluzje! Super! Lekko i z finezją - książkę się połyka! I te dialogi między Jaskrem i Geraltem, jak dla mnie cała książka mogłaby się składać z ich przekomarzań.

- Wiedźmak - zamamlała babka.  -Przez niektórych wiedźminem zwany. Wzywać go niebezpiecznie barzo, wżdy trzeba, bo gdy przeciw potworu a plugastwu niczym nie uradzi, wiedźmak uradzi. Baczyć aby trzeba... - Wystarczy - mruknął Geralt. - Wystarczy, babciu. Dziękuję. - Nie, nie - zaprotestował Jaskier ze złośliwym uśmiechem. - Jak tam dalej idzie? Wielce ciekawa to księga! "Mówcie, babciu, mówcie. - Eee... Baczyć aby trzeba, coby wiedźmaka nie dotykać, bo od tego oparszywieć można. A dziewki przed nim kryć, bo wiedźmak chutliwy jest ponad miarę wszelką... - Zgadza się, wypisz wymaluj - zaśmiał się poeta, a Lilie, jak wydało się Geraltowi, uśmiechnęła się ledwie zauważalnie. - ...chocia wiedźmak wielce chciwy a na złoto łasy - mamrotała babka, mrużąc oczy - nie dać onemu więcej jak: za utopca srebrny grosz abo półtorak. Za kotołaka: srebrne grosze dwa. Za wąpierza: srebrne grosze cztery...

***

- Znasz się na rolnictwie? - My, poeci, musimy znać się na wszystkim - rzekł wyniośle Jaskier. - W przeciwnym razie kompromitowalibyśmy się, pisząc. Uczyć się trzeba, mój drogi, uczyć. Od rolnictwa zależy los świata, dobrze więc znać się na rolnictwie. Rolnictwo karmi, ubiera, chroni od chłodu, dostarcza rozrywki i wspomaga sztukę. - Z tą rozrywką i sztuką trochę przesadziłeś. - A gorzałkę z czego się pędzi? - Rozumiem. - Mało rozumiesz. Ucz się. Spójrz, te fioletowe kwiatki. To łubin. - Po prawdzie, to jest wyka - wtrącił Pokrzywka. - Lubinuście nie widzieli, czy jak? Ale w jednym utrafiliście, panie. Rodzi się tu wszystko na potęgę i rośnie, aż miło. Dlatego i mówią: Dolina Kwiatów. Dlatego się tu nasi dziadowie posiedlili, elfów stąd wprzód wyżenąwszy.

     Autor tak naprawdę przemycił tu, pod płaszczykiem dowcipu i humoru, wiele mądrych i głębokich myśli. Byłabym zachwycona, gdyby nie te baśnie braci Grimm (i dwie ludowe legendy)… nie oszukujmy się, to co zrobił z nimi Sapkowski w Ostatnim życzeniu, pewnie spodobałoby się braciom – to ich klimaty są. To ekranizacje i przeróbki, pod małoletnich odbiorców, tak wygładziły i wyróżowiły te baśnie. A pan Sapkowski konsekwentnie:

Śnieżka – morderczyni

Roszpunka – morderczyni

Śpiąca królewna – morderczyni

Kopciuszek – ucieka przed namolnym księciem i gubi but

Bestia – uroczy człowiek, to te Piękne interesownymi karierowiczkami były – poza ostatnią, która była morderczym upiorem… ale to ona odczarowała w końcu Bestię – ironia.

I królewna zamieniona w upiora, nocą wyłażąca z trumny, pożerająca ludzi…

Mnie się podobało, rozbawiły mnie.

- Wasze słynne wieże - parsknął wiedźmin. - Nasze wieże. To był jednak kolejny błąd. Nie docenialiśmy ich i sporo nam uciekło. Wśród królewiczów, zwłaszcza tych młodszych, co to niewiele mieli do roboty, a jeszcze mniej do stracenia, zapanowała jakaś obłąkańcza moda na uwalnianie więzionych ślicznotek. Większość, na szczęście, poskręcała karki. - O ile wiem, uwięzione w wieżach szybko marły. Mówiono, że bez waszej pomocy się nie obeszło. - Kłamstwo. Rzeczywiście jednak szybko popadały w apatię, odmawiały jedzenia... Co ciekawe, krótko przed śmiercią zdradzały dar jasnowidzenia. Kolejny dowód mutacji. - Co dowód, to mniej przekonywający. Nie masz ich więcej? - Mam. Silvena, pani na Naroku, do której nigdy nie udało się nam nawet zbliżyć, bo przejęła władzę bardzo szybko. Teraz dzieją się w tym kraju okropne rzeczy. Fialka, córka Eyermira, uciekła z wieży za pomocą sznura uplecionego z warkoczy i obecnie terroryzuje Północny Velhad. Bernikę z Talgaru uwolnił idiota królewicz. Teraz oślepiony siedzi w lochu, a najczęściej zauważalnym elementem krajobrazu w Talgarze jest szubienica. Są i inne przykłady.

***

A zatem, historia zaczęła się w Creyden, małym księstewku na północy. Żoną Fredefalka, księcia Creyden, była Aridea, mądra, wykształcona kobieta. Miała w rodzie wielu wybitnych adeptów kunsztu czarnoksięskiego i zapewne w drodze dziedzictwa przejęła dość rzadki i potężny artefakt, Zwierciadło Nehaleni. Jak wiesz, Zwierciadła Nehaleni służyły głównie prorokom i wyroczniom, bo bezbłędnie, choć zawile, przepowiadają przyszłość. Aridea dość często zwracała się do Zwierciadła... - Ze zwyczajowym pytaniem, jak sądzę - przerwał Geralt. - "Kto jest najpiękniejszy na świecie?" Jak wiem, wszystkie Zwierciadła Nehaleni dzielą się na uprzejme i na rozbite.

   W sumie może nie wszyscy wiedzą, że bajki braci Grimm i Andersena nie są dla dzieci. Zachwycamy się cukierkową Arielką, nie mając pojęcia, że autor nie miał tak naprawdę na myśli słodkiej syrenki, ale siebie samego… Może te nawiązania mają nam przypomnieć, o co chodziło autorom?

    Wszystkie te opowieści, tak naprawdę stanowią akcję Ostatniego życzenia. Są poprzerabiane, tak by pasowały, ale nadal pozostają czytelne. Dlatego tak ciekawi mnie tom pierwszy sagi i tom drugi opowiadań – Miecz przeznaczenia – wymyślił tam Sapkowski coś nowego, czy znów wypoczwarzył jakieś bajeczki?

    Ale ogólnie strasznie mi się podobała ta książka. Jak nie dostanę szybko tomu pierwszego, to wezmę następne opowiadania :)

Chyba nie muszę polecać?!

 

 

PS. Nie pokazuję mordki Wiedźmina, bo jesteśmy obrażone na pana Żebrowskiego ;) A Bohun nijak tu mi nie pasuje :(

czwartek, 09 lutego 2012
Nora Roberts "Na wagę złota"

Nora Roberts w wydaniu romansowym, na wniosek krainyczytania.

I od razu na początek wspomnienie z biblioteki i mojej pracy w niej. Przyszedł kiedyś pan w średnim wieku. Zdawał trzy książki. Jedną z nich była Nora Roberts (jedna z części cyklu o braciach Quinn). Pan wskazał na tę książę z miną wyrażającą niesmak i powiedział – Te dwie są dobre, ale ta jedna… nie bardzo. Wie pani, tu są takie sceny opisane… Niesmaczne. 


    Ale o romansach. Romanse czytam i czytać będę, ze względów terapeutycznych. Proste, nieskomplikowane i zawsze dobrze się kończą, idealne na zszargane nerwy i problemy z zaśnięciem. Ale zdanie mam o nich nie najlepsze. Jakby na to nie patrzeć, romanse to literatura masowa, pisana dla pieniędzy. Zadbali o to sami pisarze (zwłaszcza zagraniczni) traktując ten rodzaj pisania, jako łatwy i szybki sposób zarabiania. I tak fabuła staje się schematyczna a postaci płaskie i podobne do siebie. Kobiety są zawsze młode i piękne (nawet jeśli autorka pisze, że nie są piękne) a mężczyźni przystojni i bogaci (jak nie są bogaci na początku, to się wzbogacają pod koniec akcji).

    Osobnym zagadnieniem są romanse historyczne. Chociaż od tej serwowanej w nich historii, to włosy siwieją… Jakoś tak się utarło, że najpopularniejszymi epokami dla autorek takich romansów są: wczesne średniowiecze (zamki, zbroje i brodaci Szkoci) oraz wiek XIX (zazwyczaj czasy Napoleona – emancypantki, hulaki i książęta). Ukochanym miejscem akcji jest Londyn a zaraz za nim Dziki Zachód Stanów Zjednoczonych. Bohaterki rzadko kiedy mają więcej niż 25 lat, są starymi pannami z wyboru i czekają na wielką miłość, wbrew woli rodziców, którzy chcą je wydać, już w wieku 16 lat, za umierających bogatych starców. Panny zawsze są damami, nie może być tak, żeby heroina romansu była chłopką, czy karczmarką, nawet jeśli się zdarzy, że jest tą karczmarką, to tak naprawdę jest księżniczką wykradzioną z kołyski przez złośliwą pokojówkę, złapaną wcześniej na kradzieży sreber. Kawalerzy zaś mają około 30-tki i, albo ani grosza przy duszy i tytuł, albo majątek, tytuł i konieczność spłodzenia potomka. Konieczność spłodzenia potomka jest najważniejsza! A później ON przekonuje się, że miłość naprawdę istnieje i że kocha nad życie i wszyscy żyją długo i szczęśliwie… z potomkami.

    Na wagę złota, to romans historyczny - XIX wiek, Dziki Zachód – osobiście wolę te z akcją w Anglii. I o ile w romansach, których akcja rozgrywa się w Londynie, bohaterowie są zawsze błękitnej krwi (lub pół błękitnej), to w tych na Dzikim Zachodzie, bohater zazwyczaj jest rewolwerowcem bądź szeryfem. Trochę dzikim i nieokrzesanym brutalem, który uważa się za niegodnego ręki damy swego serca. Tutaj, młoda i piękna bohaterka, wychowywana przez zakonnice na prawdziwą damę, jedzie do dawno nie widzianego ojca. Staruszek nakłamał córce w listach o wielkim domu i kopalni pełnej złota. Na miejscu okazało się, że ojciec nie żyje, dom przypomina lepiankę a kopalnia się zawaliła, ale i tak nie było tam złota. Już na wstępie bohaterka musiała, oczywiście wpaść w tarapaty. A z nich, musiał ją, oczywiście, wyciągnąć młody, przystojny i niebezpieczny mężczyzna. Tym razem jest to rewolwerowiec z domieszką krwi Indiańskiej. Sarah Conway, której największym zmartwieniem do tej pory było ułożenie menu na przyszły tydzień, teraz musi się zmierzyć z życiem w prawdziwej dziczy, z grzechotnikami, Indianami, niemyjącymi się parobkami i upałami. Dodatkowo, ktoś chce wykurzyć Sarah z jej ziemi, atakując ją i paląc stajnię. Ktoś jest zainteresowany kupnem nieczynnej kopalni. Jake Redman, ten jej indiański wybawiciel, uważa zaś, że Dziki Zachód to nie miejsce dla takich delikatnych kwiatuszków jak Sarah. I naturalnie Sarah jest za dobra dla półkrwi Indianina. Żeby przekonać do siebie tępego chłopa, biedne dziewczę nieźle się napracowało, ale oświadczyny i tak wymusiła na nim ze strzelbą w ręku…

Tym się właśnie różnią bohaterki Amerykańskich romansów od bohaterek Angielskich –łatwością dostępu do broni palnej.

    A wracając do biblioteki i romansów, była taka książka – romans historyczny – która przyprawiała mnie o trwogę. Gdy stała na półce, bałam się, że sięgnie po nią osoba za młoda. Bałam się, bo czułam, że należało by zniechęcić ją jakoś do tej lektury, ale jakimi słowami? Gdy jakaś pani, starsza albo wręcz leciwa, oddawała tę książkę, truchlałam, bo bałam się, że z obrzydzeniem spyta, co też my za świństwa ludziom dajemy. Ale najgorzej było, gdy panie brały ją do ręki i pytały, czy czytałam i o czym to jest…

    A już tak całkiem na koniec, powiem wam coś co może was zadziwić, co zmieni wasze życie już na zawsze, po czym nigdy już nie będziecie tymi samymi osobami… czy wiedzieliście, że większość starych harlequinów – tych małych, cienkich książeczek - było napisanych przez mężczyzn, ukrywających się pod kobiecymi pseudonimami??? I nam te chłopy wmawiają, że romanse ogłupiają, że to babska literatura!

PS. Czego uczy nas lektura Na wagę złota? Że trudno jest mówić wyraźnie z cudzym językiem w buzi…

01:17, polonisty
Link Komentarze (8) »
niedziela, 05 lutego 2012
Krzysztof Petek "Kolekcja Łowcy Cieni"

Ciągniemy młodzieżową serię dalej. Dziś Krzysztof Petek.

    Zdałam sobie sprawę, że nie każdy zna tego autora a to niepowetowana strata. Kolekcja Łowcy Cieni to dziesiąty tom serii Porachunki z przygodą. Nie przeczytałam wszystkich, ale niewątpliwie to nadrobię. Kogoś może zdziwić, iż z taką ciekawością czytam książki dla młodzieży, szybko więc wyjaśniam, że ta seria nadaje się dla czytelnika w każdym wieku. Porachunki z przygodą, Operacja Hydra i Gra, to rasowe sensacje, książki akcji porównywalne z Cusslerem. Tylko bohaterami są nastolatki.

    Sama nie wiem, czy ciekawiej jest pisać o panu Krzysztofie, czy o jego książkach. Otóż Petek w żadnej mierze nie mieści się w typowych wyobrażeniach dotyczących pisarza. Zastanawiam się, kiedy ten człowiek ma czas pisać książki. Petek uczestniczył w szkoleniach organizowanych przez oddziały antyterrorystyczne, przeszedł szkolenia survivalu, walki wręcz, psychologii sytuacji krytycznych, organizuje wyprawy i szkoły przetrwania dla młodzieży, podróżuje zapraszany na spotkania autorskie, promując także zdrowy styl życia i aktywność społeczną. Walczy z postawami patologicznymi, organizując wykłady i wyprawy dla młodzieży. Uczestniczy w akcji Cała Polska czyta dzieciom. Prowadzi międzynarodowe szkolenia literackie i dziennikarskie, a także koncerty, akcje Noc w bibliotece czy Noc detektywów. U nas był już dwa razy w bibliotece i zarówno młodzież jak i dorośli byli zachwyceni. Petek agitował za robieniem czegokolwiek, szukaniem jakiejkolwiek pasji i hobby, byle by nie siedzieć bezproduktywnie pod blokiem i nie dawać wciągnąć się w narkotyki czy przestępstwa. Niesamowity facet, na spotkaniach pokazuje chwyty kung-fu WingTsun* i zdjęcia z wypraw survivalowych. porachunki z przygodą

    Co do jego książek, to jest to sama akcja. Żadnych przestojów, ani chwili wytchnienia. Zaczynają się mocno i tak kończą. Napięcie utrzymuje się do ostatniej kartki. Bohaterem serii Porachunki z przygodą, jest Jacek, zwany Jajco, a towarzyszą mu: jego dziewczyna Marta i dwaj przyjaciele Pucek i Pchełka. Jajco to nastoletni komandos – nie wiem jak inaczej to nazwać. Zana sztuki walki, skrada się jak Indianin, zna się za materiałach wybuchowych i broni palnej, zawsze nosi przy sobie dwa noże, wszędzie uważnie się rozgląda przeczuwając napaść – młody Bond – w dziczy radzi sobie jak Bear Grylls, zdaje się nie odczuwać bólu i zawsze wychodzi cało z opresji. Dodatkowo jest dalekowidzem i świetnie widzi w nocy, ma też świetny słuch. Młody macho? Nie! Dla swojej dziewczyny pisze wiersze… (so sweet). W którejś części, Marta powiedziała Jackowi, że chciałaby chłopaka romantycznego, a Jajco to nawet nie pomyślałby, żeby jej wiersz podarować. Więc Jacek, zmotywowany, w środku akcji, ukrywając się przed złoczyńcami w jakichś krzakach, z gryzącymi go komarami i łażącymi po nim robalami, kiedy powinien skupiać się na niebezpiecznym wrogu, wyciąga kajecik i pisze:

Turkusem tchnę o brzasku oczy Twoje szare,

Przepłynę barw okrętem strumień białych włosów.

Zaśpiewa zorza blasku kiedy ponad miarę

Roziskrzę snu diamentem cień wyblakłych losów.

I będziesz cała Ty

Ta sama, znowu moja.

Zakwitną wiosną łzy

W perłowych deszczu strojach.

I będziesz w barwach świtu

Wypijać kufle rosy,

Aż spadnie mgła zachwytu

I splącze Twoje włosy […]


    Kolekcja Łowcy Cieni rozpoczyna się porwaniem Jacka, wszczepieniem mu trzech kapsułek z różnymi narkotykami (1 opóźnia reakcje, 2 powoduje prawdomówność, 3 zabija) i próbą zahipnotyzowania bohatera. Tylko hipnoza się nie udaje, bo Jajco mało podatny jakiś… Porywacze każą chłopcu wyciągnąć ze skrytki, zrobionej przez jego ojca, dokumenty udowadniające przestępstwa pewnych ludzi. Ojciec Jacka był jakimś agentem, czy kimś takim. Siedem lat wcześniej zginął w wypadku, spowodowanym przez osoby, którym te dokumenty zagrażały. Umarł na oczach Jacka. Chłopak nie może się pogodzić z tym, że nie pomógł ojcu, stąd jego kompleks Prometeusza. Jacek wikła się w każdą niebezpieczną sprawę, usiłuje pomagać ludziom, bo nie pomógł własnemu ojcu. Teraz dodatkowo porwani zostają przyjaciele Jajca – Pucek i Pchełka. Chłopak wydobywa więc dokumenty, jedzie we wskazane w nich miejsce, ratuje w lesie człowieka, którego chcą zastrzelić kłusownicy, odnajduje przyjaciół, prawie zostaje zastrzelony z kuszy, przedziera się przez las podczas zamieci śnieżnej by ratować matkę i Martę, rozbraja bombę, odzyskuje dokumenty i przechytrza przestępcę. W międzyczasie gasi pożar, obezwładnia śledzących go ludzi, ucieka z walącego się tunelu, niszczy broń porywacza, usypia złoczyńcę itp…

    Co ciekawe, autor umieszcza samego siebie w akcji książek. To właśnie on nauczył Jacka zasad survivalu i obchodzenia się z bronią. Krzysztof – dziennikarz - opisuje w książkach przygody czwórki bohaterów i często wymieniany jest w powieści. Petek sugeruje tym samym, że opisuje wydarzenia prawdziwe ;)

No i wszystkie te gadżety, ciekłokrystaliczne wyświetlacze, zapalniki, pistolety, substancje chemiczne, zupełnie jak w CSI Miami :)

Naprawdę polecam, są to króciutkie – zaledwie siedemdziesięciostronicowe – książki, ale czyta się jednym tchem.

 

 

*jak słusznie poprawił mnie sam pan Krzysztof Petek :)

Tagi
stat4u