blog o książkach
RSS
wtorek, 31 stycznia 2012
Krystyna Boglar "Zatrzymajcie świat, chcę wysiąść!"

Coś mnie tknęło ostatnio i nakłoniło do sięgnięcia po jakąś książkę młodzieżową. Chyba były to komentarze na innych blogach. Zdecydowałam się na Zatrzymajcie świat, chcę wysiąść! Krystyny Boglar. Gdy byłam w wieku młodzieżowym ( ;) ), dzieliłam książki na mądre i czytadła. Dziwne rzeczy wtedy czytałam, w zasadzie czytałam wszystko, jak leci – od harlequinów po biografię Sienkiewicza. Książki pani Boglar też czytałam i zaliczałam do tych mądrych. W mojej bibliotece była, m.in., powieść tej autorki pt. Lot nad Pawilonem X, czyli druga część Zatrzymajcie świat…. Pierwszej nie było. Dopiero teraz przeczytałam. Lot nad Pawilonem X słusznie kojarzyć się może z Lotem nad kukułczym gniazdem, tam też akcja dzieje się w ośrodku psychiatrycznym.

    Ciekawe czy są wznowienia wydań, tych książek, które czytaliśmy w młodości. Obawiam się bowiem, że tamte stare są już zaczytane na amen. A młodzi są teraz wzrokowcami i może ich nie pociągać jakaś szara i wymiętolona książka. Wczoraj właśnie przeczytałam mądre zdanie, że „młodzież należy oswajać z rzeczywistością” i ja tak myślę, że swoje dzieci wolałabym oswajać za pomocą takich książek jakie czytałam w dzieciństwie, a nie za pomocą Pamiętników wampirów, Domu Nocy czy Spoko, założyłam bardzo duże gacie... Co mi przypomina, że powinnam sięgnąć po te Pamiętniki – nieładnie tak szkalować coś, czego się nie zna ;) Cóż może się niedługo doczekacie recenzji :)

    Ale wracając do tematu. Moim absolutnym guru była wtedy Krystyna Siesicka. Panią Boglar też lubiłam. Jak tak sięgnę pamięcią wstecz, to przypomina mi się, że te książki do mnie trafiały. Chyba ciężko jest trafić do takiego młodego, głupiutkiego człowieka… inaczej się patrzy wtedy na świat, ma się inne priorytety. Czyli dla młodzieży trzeba umieć pisać. Ja patrzyłam teraz na Ewę, bohaterkę Zatrzymajcie świat… z punktu wiedzenia w miarę dorosłej osoby – z wyższością, zniecierpliwieniem, pobłażaniem… Denerwowały mnie jej naiwne wypowiedzi, nieprzemyślane zachowania. Ewa ma dziewiętnaście lat i ucieka przed świętami i kompotem z suszu. Chce Wigilię spędzić na Teneryfie – sama. Ja lubię kompot z suszu… :)

    Pierwsza myśl, jaka mi przychodzi do głowy, opisująca tę książkę to – kalejdoskop. Autorka, żeby zaciekawić czytelnika, postanowiła umieścić tu wielu bohaterów, wiele ludzkich historii i dramatów. Jak to wszystko pogodzić i zmieścić w jednej książce? Ano zamknąć ich wszystkich w porwanym samolocie i postraszyć bronią automatyczną, wtedy emocje dojdą do głosu. I tak mamy tu: zakonnice, niewidomą i całkiem bezradną dziewczynę, jej siostrę – wychowywaną tak, by do końca życia jej pomagała, młodego narkomana, parę uprawiającą publicznie seks, typowy trójkąt małżeński, umierającą na raka kobietę, znaną aktorkę, „moherową” babcię, kupę „odważnych inaczej” mężczyzn i histerycznych kobiet i bohaterkę z początkami syndromu sztokholmskiego. I czterech terrorystów, nie zapomnijmy o nich. Sceny jak z amerykańskiego filmu. Ewa - ta główna bohaterka, to trochę dziwna dziewczyna, nie wie co to catering i CIA, choć ponoć obejrzała wszystkie filmy z Bondem, ale ma absolutną pewność, że porywacze posiadają najnowszy model broni… Zamiast siedzieć spokojnie ma miejscu i modlić o ocalenie, lata po całym samolocie i prowokuje terrorystów. Mówi, że bezruch potęguje strach, strach wyzwala wściekłość, myloną czasem z odwagą. Tak więc biega to tu, to tam, przysiada się do różnych ludzi i wysłuchuje ich historii. I wtedy kiedy, moim zdaniem, nie powinna robić nic, ona się wtrąca, a gdy powinna komuś pomóc – nie robi nic. Może to jest właśnie różnica w spojrzeniu na świat kobiety w moim wieku, a dziewczyny w jej wieku?

    Nie wszyscy uszli z życiem z tej przygody, po samolocie poniewierało się kilka ciał, wielu pasażerów oberwało niezłe cięgi. Ewa przeżyła cudem, uratowana przez terrorystę.

    Na koniec dodam jeszcze, że książka jest z 1999 roku a wydało ją wydawnictwo Siedmioróg, do którego mam ogromny sentyment, bo świetne książki wydawali.

    Jeśli ktoś nie czytał w młodości wczesnej, to niech przeczyta teraz, polecam! Obie części.

niedziela, 29 stycznia 2012
Karen Robards "Pościg"

Ostatnio byłam w bibliotece i moja pani bibliotekarka dała mi książeczki. Nowości świeżutko obłożone. I była tam Karen Robards. Ja wcześniej unikałam tej autorki. Ostatnio zaś nie mogłam sobie przypomnieć dlaczego? Unikam tak kilku autorów, np. Danielle Steel. Tym razem jednak okładka mnie skusiła. Stwierdziłam, że może wcześniej niesłusznie zaniedbywałam panią Robards. I wzięłam. I przeczytałam. I po co?

Plus jest taki, że przypomniałam sobie, czemu jej unikałam :)

    Pościg to dziwna książka. Dziwnie napisana. Jeszcze się nie spotkałam z książką, w której byłyby tak skopane wszystkie dialogi. Części opisowe, przedstawiające wydarzenia i ujawniające myśli bohatera, są spoko. Ale co który bohater otworzy usta, to głupoty padają. Aż strach. Jak tylko bohaterka zaczynała coś mówić, to mi się wydawało, że kompletną idiotką jest. A między sobą rozmawiali, jak gęś z prosięciem. Uwsteczniali akcję. Kiedy dzieje się coś podejrzanego i bohaterka myśli, co zrobić, to jest sprytna, ostrożna, stara się nie wpaść w pułapkę, i co najważniejsze, przewiduje spisek. Ponieważ książka jest o zabójstwie żony prezydenta USA, więc to musi być spisek! Ale gdy bohaterka rozmawia z kimś o wydarzeniach, albo pyta, co ma zrobić, nagle okazuje się naiwną gęsią. Upiera się rozmawiać z kompletnie pijanym szefem o zamachu na prezydentową i swoich podejrzeniach! On bredzi trzy po trzy, jak to pijany facet, a ona mu teorie spiskowe ujawnia!

    Dla przykładu: Mark i Jessica dopiero co cudem uniknęli śmierci, bo w ich samochodzie wybuchła bomba. Teraz uciekają przez las, jest noc, on ją niesie, bo ona jeszcze nie wydobrzała po poprzednim wypadku, no i ma szpilki na nogach. I tak rozmawiają:

-To źle, bo twój telefon jest na podsłuchu i nagrano rozmowę. -Wiedziałeś o tym? – rzuciła oburzona. Mark zrobił głupią minę. – Wiedziałeś? - Tak. - No nie! Pewnie także ty podrzuciłeś mi lokalizator. Do tego nakłamałeś, opowiadając o testach kroplówki i zgodziłeś się zawieźć do siebie na pewną śmierć! Nie mogę ci już wierzyć.

 

Albo, idą dalej tym lasem i rozmawiają o tym, co powinni zrobić. On twierdzi, że dowiedzieć się, kto stoi za zamachem i dopiero wtedy szukać pomocy:

- A jeśli się pomylisz? – spytała. Wyraz twarzy Marka wystarczył z odpowiedź (tak jak w oryginale – łącznie z literówkami przepisuję): wtedy pożegnamy się z życiem. -Właściwie, to polują tylko na mnie. Tobie nic nie grozi. (taaa, sęk w tym, że zdążyła już mu wszystko opowiedzieć…:/) - Nie zostawię cię na pastwę losu – ofukną ją. – Wybij to sobie z głowy. - Ja tylko tak.

I na koniec. Mark i Jessica leżą na pace ciężarówki ukrywając się przed zabójcami i Mark snuje rozważania:

Gdyby jednak okazało się, że to ktoś z jego ludzi, wyszedłby z ukrycia, spojrzał mu prosto w oczy i zażądał wyjaśnień. A potem skreśliłby wszystkich z listy swoich przyjaciół i potraktował jak wrogów.

***

    Tak ogólnie, to jest to thriller romantyczny. Jessica pracuje w firmie prawniczej, zajmującej się, m.in. sprawami żony prezydenta USA – Anette Cooper. Pewnego wieczoru do Jess dzwoni jej szef i prosi, by pojechała do pewnego baru i odebrała stamtąd panią prezydentową. Okazuje się, że pani Cooper uciekła swojej ochronie i nie chce wracać do Białego Domu. Jessica zabiera ją do, wynajętego przez jej szefa, samochodu z szoferem. W ostatniej chwili odnajduje ich ochroniarz i też wsiada do auta. W drodze powrotnej ktoś ich taranuje. Z wypadku cało wychodzi tylko Jess. Kobieta jest przekonana, że to właśnie ochroniarze prezydentowej są odpowiedzialni za wypadek i nie udzielenie pomocy rannej pani Cooper. W szpitalu ktoś próbuje zamordować cudem ocalałą Jessicę. Później próbuje ją zabić jej szef a jeszcze później o mały włos nie wylatuje w powietrze, w wyniku wybuchu bomby podłożonej w samochodzie Marka Rayana – szefa ochrony prezydentowej. Od tej pory bohaterowie razem starają się dowiedzieć, kto stoi za śmiercią Anette Cooper. Jess podejrzewa samego prezydenta, który od dłuższego już czasu starał się zatuszować fakt, że jego żona była uzależniona od narkotyków. Mark i Jessica nie mogą ufać nikomu…

Polecam omijać tę książkę, jak i ja będę omijać tę autorkę.

piątek, 27 stycznia 2012
Marta Węgiel "Przypadkowy kadr" vs Joanna Chmielewska "Trudny trup"

Znalazłam kolejną książkę Marty Węgiel – pt. Przypadkowy kadr. Już na wstępie dodam, że jakoś specjalnie mnie nie zachwyciła, trochę gorsza niż Pensjonat z gangsterem w tle, o której niedawno pisałam. Jednak lektura ta skłoniła mnie do ponownego przeczytania innej książki, tym razem mojej ulubionej autorki – Joanny Chmielewskiej. A to z powodu pewnych podobieństw. Mówię tu o Trudnym trupie, wydanym w 2001. Książka Marty Węgiel wydana została w 2004.

   

   

 

 

 

 

 

 

 

    Przyznam, że często zastanawiałam się, jak powstają książki Chmielewskiej. Sama autorka często powtarza, że lubi pisać o rzeczach sobie znanych, i mimo że podkreśla fałszywość osób i zdarzeń, to jakoś zawsze czerpie z rzeczywistości.

    W tym przypadku mamy do czynienia z trzema historiami w dwóch książkach a wszystko ładnie się łączy.

Trudny trup.

    Joanna i Martusia piszą scenariusz do serialu telewizyjnego. Martusia upiera się by akcję umieścić w środowisku telewizyjnym. Joanna, ze swojej strony, upiera się przy trupie, który ma ożywić akcję. Jak na złość żadnego trupa nie mogą znaleźć. Aż do dnia, gdy zostają zamieszane w aż dwa zabójstwa. Pierwsze zwłoki znajduje Joanna, kiedy przez przypadek wchodzi do niewłaściwego pokoju hotelowego. W tym samym pokoju po kilku godzinach znaleziony zostaje drugi trup. O jego zabójstwo policja podejrzewa przyjaciela Martusi, zajmującego pokój obok. Kobiety postanawiają wykorzystać oba morderstwa. Joanna przypomina sobie, kim były w przeszłości odkryte przez nią zwłoki i dowiaduje się, kim był drugi trup. Pierwszy to Konstanty Ptaszyński vel Słodki Kocio, w przeszłości bandyta skazany na karę śmierci (wykonaną oficjalnie), w teraźniejszości szantażysta i szef agencji windykarsko-ochroniarskiej. Zastrzelony. Drugi to Stefan Trupski vel Antoni Lipczak, w przeszłości i obecnie informator szpiegujący wszystkich, zarabiający na sprzedaży informacji. Uduszony. Widział zabójstwo Kocia. Dodatkowo Joanna przypomina sobie, że w sprawę Słodkiego Kocia zamieszany był przed laty młody prokurator - Grocholski. Niedługo późnij płonie dom Grocholskiego. Pożar filmuje ekipa Martusi robiąca reportaż o pracy strażaków. Udaje im się sfilmować dodatkowe ciekawe rzeczy. Następnego dnia ktoś włamuje się do telewizji i kradnie kasety. Martusia zaś przeżywa kłopoty emocjonalne. Zakochana jest w podejrzewanym o drugie zabójstwo Dominiku – dyrektorze redakcji, w międzyczasie spotyka się z Krzyśkiem mieszkającym z mamusią a ostatecznie wybiera Bartka. Joannę i Martusię przesłuchuje fałszywy policjant, prawdziwa policja jakoś nie orientuje się w zawiłościach sprawy. Wychodzi na jaw, kto jest mordercą, kto zleceniodawcą, oraz, że sprawy zostaną umorzone z braku dowodów.

    Te wydarzenia wpływ mają na powstający scenariusz, który bardzo przypomina książkę Marty Węgiel.

scenariusz

Agata i Jacek, pracownicy telewizji, odnajdują w archiwum taśmę, kompromitującą różne ważne osoby. Taśmę wykrada wzorowany na Grocholskim i Ptaszyńskim, doradca finansowy telewizji. Chce nią szantażować tamtych ludzi. Ktoś zabija go w pokoju Agaty w budynku telewizji, a potem podpala jego dom. Świadek morderstwa - wzorowany na Lipczaku - zostaje zabity i odnaleziony po paru dniach w piwnicach telewizji. Dyrektor telewizji, zamieszany w różne przekręty, jest zleceniodawcą morderstw. Malwina jest w nim bez wzajemności zakochana. Akcję urozmaicają sceny zazdrości Marioli o Jacka.

Przypadkowy kadr 

W pokoju służbowym Agaty (w telewizji) znalezione zostają zwłoki dyrektora - Sławomira. Dzień wcześniej Agata z ekipą, przez przypadek nagrywają jakąś wstrząsającą scenę z udziałem Sławka. Ktoś napada na Agatę i próbuje odebrać jej taśmy. Edyta, zakochana bez wzajemności w Sławku, wytyka Agacie, że jest naiwna i nie dostrzega lewych interesów Sławka i reszty ekipy. Agata pomaga policji w złapaniu mordercy, a zastępca dyrektora wprowadza swoje nowe rządy. Nikt go nie lubi, bo to kombinator i przebiegły drań. Agata ma także kłopoty sercowe, jest zakochana nieszczęśliwie w Janie, złamane serce leczy w objęciach Kacpra, a jej były mąż codziennie gotuje jej obiadki...

 

wizualizacja podobieństw:


    Podsumowując. Ani Przypadkowy kadr, ani Trudny trup nie są jakimiś genialnymi książkami, niestety. U Chmielewskiej, jak dla mnie, za mało jest akcji, za dużo wspomnień. Ponadto ta sprawa ze scenariuszem bardzo, ale to BARDZO gmatwa wątki. Naprawdę się napracowałam, by wydłubać stamtąd w miarę spójny zarys scenariusza, przerabianego i zmienianego z pięć razy…

    Co do pani Marty… Denerwowało mnie w jej powieści, że wszyscy mężczyźni byli zakochani w Agacie. Wszyscy! Starzy, młodzi, policjanci, cywile, żonaci, wolni, jak leci. A wszystkie kobiety jej zazdrościły, różnych rzeczy, ale przeważnie tego, że wszyscy mężczyźni tak ją kochali… nie wiem co o tym sądzić.

Chmielewską polecam cierpliwym, a z Przypadkowym kadrem róbcie co chcecie.

PS. Już druga beznadziejna okładka u pani Węgiel, chyba jej graficy nie lubią :)

sobota, 21 stycznia 2012
Christopher Paolini "Dziedzictwo" tom I

Christopher Paolini zaczął popełniać Eragona w wieku lat 15 - w 1998 roku, cztery lata później książka została wydana, przez wydawnictwo należące do rodziców Christophera. W przygotowaniu były ponoć kolejne części. Na polskim rynku wydawniczym, w roku 2011, pojawiła się IV część cyklu pt. Dziedzictwo t. 1. Tytuł nie najlepszy, gdyż cały cykl nosi taką samą nazwę. I teraz, gdy zapytam o Dziedzictwo tom pierwszy, to czy mam na myśli Eragona – 1 tom cyklu, czy tom 4? Zamieszanie wprowadził autor, tym bardziej, iż sugeruje, że będzie Dziedzictwa tom 2…

dziedzictwo t.1

       Po początkowej euforii (pierwsze miejsce na brytyjskich listach bestsellerów) książki zbierają cięgi, że bohaterowie płascy, że wydarzenia przewidywalne, że Christopher uczył się w domu (?) a wydawcami byli jego rodzice… i tego typu zarzuty. W mojej prywatnej klasyfikacji fantasy, ten cykl zajmuje bardzo wysokie miejsce. Bardzo! Na równi z Harrym Potterem. Co do płaskości bohaterów, to nie zastanawiałam się nad tym, dopóki nie przeczytałam krytycznych recenzji. I myślę nad tym do tej pory. Może przy V tomie coś wymyślę. Bo, widzicie, ja tego nie widzę… A jeśli chodzi o przewidywalność wydarzeń… to gratuluję wyobraźni, temu kto je przewiduje. Serio! Ja podziwiam Paoliniego właśnie za wyobraźnię. Stworzył niesamowity świat, w książce cały czas coś się dzieje, akcja jest tak szybka, że nie ma czasu na poprawne przeczytanie, bardzo trudnych skądinąd do zapamiętania i wymówienia nazw, a co dopiero na zastanawianie się co będzie na następnej stronie. To jest też powód, dla którego trudno jest napisać jakieś sensowne streszczenie. Autor umieścił takie na początku IV tomu… sześć stron zajęło.

 Eragon

       Ja najpierw zobaczyłam film, dopiero potem w moje ręce trafiła książka. Tytuł wydał mi się znajomy ;) A świat Eragona po prostu wciąga, czytelnik zanurza się w niego i przeżywa przygody razem z bohaterem. Powieść jest dobrze wyważona, nie ma przeciągających się opisów przyrody czy walk (a walk jest duuuużo), ale opisy są – bardzo plastyczne i realistyczne. Eragon ciągle gdzieś biegnie, my nie wiemy dokąd, bohater zostawia nas o krok za sobą, narrator nie zdradza do końca jego myśli, pozwala czytelnikowi biec za nim w nieświadomości jego zamiarów i losów. To sprawia, że z niecierpliwością przewracamy kartkę i zastanawiamy się „co też ten dzieciak znów wymyślił”. W całym cyklu był chyba tylko jeden moment, od znalezienia smoczego jaja przez Eragona, kiedy bohater siedział na tyłku w jednym miejscu, ale już na pewno nie siedział wtedy spokojnie. To chyba świadczy o tempie utworu, bo sam tom czwarty ma 387 str. a i pozostałe cieniutkie nie były. Na moje oko Eragon ma ADHD, ciągle go nosi, stale go gdzieś wysyłają, cały czas z kimś walczy.

 mała Saphira

       Ale i tak najlepsza jest smoczyca! Saphira przebija wszystkich bohaterów, może inni są płascy, ale nie ona! Mądrość wielu pokoleń smoków połączona z zadziornością butnego nastolatka! Ona wszystko może, każdego pokonać, wszystko zburzyć, zadeptać i spopielić! Cóż jej mogą zrobić te małe ludziki? Tylko swojego Eragona nie da skrzywdzić! Zawsze musi wiedzieć gdzie on jest, bo przecież bez niej sobie nie poradzi. Nie szczędzi chłopakowi krytycznych i złośliwych uwag. Smoczego jeźdźca i jego smoka łączy specjalna więź, mogą oni odczytywać swoje myśli i emocje. Gdy smok zginie jeździec może nawet postradać zmysły, gdy zginie jeździec – smok też umiera. To wyjaśnia nadopiekuńczość Saphiry wobec Eragona, jakby nie było, tylko siedemnastoletniego chłopca.

*** Galbatorix

       Dawno, dawno temu, smoki i elfy walczyły ze sobą, ale po latach walk zawarto pokój. Smoki i elfy zawarły coś na kształt unii i ustanowiły instytucję smoczych jeźdźców. Później jeźdźcami mogli zostawać także ludzie. Niestety nadszedł czas, gdy jeden z jeźdźców zapragnął większej władzy. Galbatorix wraz z trzynastoma innymi ludźmi pozabijał smoczych jeźdźców, lub ich smoki, i zyskał władzę nad całym królestwem. Ukradł też smoka innemu jeźdźcowi. Smoki wykluwały się z jaj dla swego jeźdźca, mogły oczekiwać w stanie hibernacji latami, aż urodzi się przeznaczony im człowiek lub elf. Po wykluciu były mentalnie i emocjonalnie połączone z jeźdźcem, dlatego tak szokujący był czyn Galbatorixa. Ukrył on także trzy ostatnie smocze jaja. Elfom udało się w końcu jedno wykraść i pilnowano go do narodzin nowego smoczego jeźdźca. Eragon, w wyniku splotu przypadków, odnajduje jajo w górach. Zabiera do domu i opiekuje się wyklutym z niego smoczkiem. Spotyka jednego z jeźdźców, którym Galbatorix zabił smoka i uczy się od niego. A później walczy i się uczy, uczy się i walczy, lata z Saphirą to tu, to tam i otrzymuje stopniowo moce upodabniające go do elfa – fizycznie, sprawnościowo i „mocowo”. Dla wszystkich jest jednak jasne, że sam nigdy nie pokona Galbatorixa, który po swej stronie ma wielu magów i jeszcze jednego jeźdźca. Do tej pory pozostało trzech smoczych jeźdźców… jedno jajo jeszcze oczekuje na swego…

       Czekałam na Dziedzictwo chyba ze dwa lata. Przez ten czas można całkiem zapomnieć o czym jest książka, ale nie TA książka. Już od pierwszych stron, czytelnik wchodzi w akcję, jakby wczoraj zaledwie skończył czytać poprzedni tom. Paolini ma niesamowitą wyobraźnię, co chwila zaskakuje niespodziewanym obrotem wydarzeń i szybkością akcji. Nie sposób się nudzić.

Polecam gorąco!!!

czwartek, 19 stycznia 2012
Marta Węgiel "Pensjonat z gangsterem w tle"

Kim jest Marta Węgiel? Czy jej osoba coś wam mówi? Wykształcenie wyższe uzyskała na Wydziale Filologii Polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Ukończyła Mistrzowski Kurs Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy w krakowskiej Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Od wielu lat związana z krakowskim Ośrodkiem Telewizji Polskiej, zrealizowała wiele filmów dokumentalnych o ludziach kultury, reportaży i wywiadów. Jest redaktorem i producentem filmowym. I ostatnia podpowiedź… Jej książka wydana jest przez wydawnictwo Klin…

    Tych kilka faktów pozwoliło mi wysnuć przypuszczenie, iż pani Marta jest osobą znaną nam czytelnikom. Czy ktoś potwierdzi moje przypuszczenia?

    Przyznam, że zainteresowałam się twórczością Marty Węgiel ze względu na jej powiązania z pewną pisarką. Miałam nadzieją, że styl owej pisarki jakoś będzie się przejawiał w twórczości pani Marty. Zaczęłam czytać z takim nastawieniem . Teraz zdaję sobie sprawę jak głupio i nieładnie postąpiłam. Byłam pewna, że skoro pani Marta i tamta pani się znają, to jej książki będą w podobnym stylu… a każdy ma prawo do własnego sposobu pisania! Pani Marta może pisać jak jej się podoba, nie musi kopiować innych pisarzy. Zrobiło mi się niewyraźnie, bo przecież sama niedawno pisałam, że nie lubię jak ktoś robi karierę na cudzym sukcesie. Brzydko o sobie pomyślałam i dlatego teraz nie wycieram sobie klawiatury nazwiskiem owej pisarki powiązanej. CHOĆ POWINNIŚCIE ZGADNĄĆ!

    Lektura początkowo szła mi kiepsko, ze względu na moje nastawienie – na bieżąco porównywałam jak napisałaby to tamta pani. Ale to tylko przez kilka pierwszych stron. Później się uspokoiłam i zaczęłam cieszyć lekturą. Pensjonat z gangsterem w tle jest powieścią kryminalną, bardzo dobrą powieścią kryminalną w stylu „morderca jest wśród nas”. Autorka przedstawia grono bohaterów i podrzuca trupa – staje się jasne, że mordercy należy szukać wśród tych bohaterów. Na początku strasznie się myliłam kto jest kim – Jacek, Jarek, Konrad… przedstawieni wszyscy razem trochę się mi mylili, kto jest czyim mężem, kto aktorem, kto naukowcem. W miarę rozwoju wydarzeń, zaczynałam poznawać bohaterów, przyzwyczajać się do nich i nikt mi nie wyglądał na zbrodniarza, choć autorka całkiem jasno na niego wskazywała. Cóż z tego skoro niewyraźnie wskazywała też na innych. Wydało mi się, że właśnie ci mniej podejrzani powinni być podejrzani…

 

    Agata, pracowniczka krakowskiej telewizji, przyjeżdża do pensjonatu w Lanckoronie, by leczyć złamane serce, po zerwaniu ze zdradzieckim Mateuszem. Zastaje tam grupę osób (10), mniej lub bardziej znajomych a także całkiem sobie obcych. Za nią przyjeżdża też ów zdradziecki Mateusz. Jeszcze tego samego dnia po mieście rozchodzi się wiadomość, że w Lanckoronie policja szuka ukrywającego się gangstera. Wśród mieszkańców pensjonatu jest dziennikarz śledczy Borys, szukający sensacyjnego tematu. Wszyscy są przekonani, iż na własną rękę poszukuje tego gangstera po różnych stodołach. Niektórzy pokpiwają sobie z niego, do czasu, aż znalezione zostają jego zwłoki. Do pensjonatu przyjeżdża policja i rozpoczyna śledztwo. Agata, zmotywowana przez szefa swojej telewizji, zaczyna nagrywać wszystko telefonem komórkowym z myślą o zrobieniu programu dokumentalnego.

Gorączkowo zastanawiałam się, gdzie umieścić torbę z telefonem. Jeśli ją powieszę na oparciu, kąt nagrania będzie bardzo ostry, nie do wzięcia. Trudno, narażając się na opinię głupiej pańci, zostawiłam ją na kolanach, ściskając tak, jakbym tam ukrywała rodową biżuterię. Panowie mieli nieprzeniknione miny, ale z szybkich spojrzeń, które wymienili, domyśliłam się, że zrobiłam na nich spore wrażenie.

A morderca jest wśród nich! Czy naprawdę chodzi o poszukiwanego mafioza? Atmosfera w pensjonacie staje się bardzo nerwowa, wszyscy podejrzliwie patrzą na wszystkich, ale raczej nie podejrzewają się o mordercze zapędy. Wiele sekretów wychodzi na jaw. Ale kto jest mordercą?

    Z wielką przyjemnością przeczytałam tę książkę, właściwie to siedziałam do późnej nocy nie mogąc się oderwać. Bardzo mnie rozbawiła, jest świetnie napisana, fajnie skonstruowana akcja, wpasowuje się w ducha czasu – teraz każdy wszystko nagrywa telefonem :) Tylko okładka mnie załamała… zgadniecie, że to książka z 2010 roku a nie z 1910?!

    Po przełamaniu początkowego zaćmienia umysłowego, stwierdzam, iż wcale mnie ta książka nie rozczarowała, co więcej - chcę jeszcze! Może zacznę od powieści debiutanckiej? Wiecie już może o czym jest ta powieść;)

Ponadto willa Pan Tadeusz, czyli miejsce zbrodni istnieje naprawdę. Po obejrzeniu fotek mam ochotę tam pojechać!

 

 

 

Polecam bardzo!

poniedziałek, 16 stycznia 2012
Sandra Brown "Zasłona dymna"

Przeczytałam Zasłonę dymną i dochodzę do wniosku, że wolałabym napisać o Nieczystej grze, tej samej autorki… Już jakiś czas temu ją czytałam a skojarzyła mi się, bo obie mają podobne okładki. Nieczysta gra to kwintesencja Sandry Brown, jest akcja, napięcie, intryga i gorący romans. Wolałabym o niej pisać :( ale niestety powinnam iść chronologicznie. Jakbym chciała pisać o wszystkich książkach, które dotąd przeczytałam…

 

     

    Zasłona dymna jest typowa. Zwykła, jak inne przeciętne thrillery. Akcja do przewidzenia, nawet poszczególne zwroty już gdzieś widziałam… jednym słowem banał. Normalna, zwykła sensacja, jaką może napisać każdy początkujący pisarz. No dobra, nie początkujący, za daleko się posunęłam… przeciętny pisarz. Jakby ktoś kiedyś opracował statystykę wątków występujących w większości thrillerów i zestawił ze sobą, to ta książka mogłaby być pokazowym egzemplarzem…

    Para głównych bohaterów początkowo się nie cierpi, ale odczuwa do siebie silny pociąg. On ratuje ją z opresji, w którą ona wpadła, bo jest parzcież tylko naiwną kobietką (cóż z tego, że inteligentną i zaradną…:/ ). W wyniku szoku, wywołanego otarciem się o śmierć, bohaterowie lądują w łóżku. Po erotycznych ekscesach przypominają sobie, że się nie lubią i znów się kłócą. Ale walczą o życie, a to przecież zbliża… pokonują złych, ocalają życia (ledwo), wyjaśniają tajemnice i w miłości i zgodzie żyją długo i szczęśliwie. KONIEC.

    Początkowe pół książki to nuda. W większości retrospekcja. Raley Gannon (strażak) opowiada, porwanej przez siebie Britt Shelley (reporterka), jak to go życie skopało, narzeczona rzuciła, najlepszy przyjaciel zniszczył mu reputację a potem spał z ową narzeczoną, wylano go z pracy, media (za sprawą Britt) zrobiły z niego narkomana i zboczeńca. Tej tragicznej historii nie opowiada jednak ciągiem, bowiem miotany emocjami musi oddalać się i studzić własne gwałtowne uczucia, już to paląc papierosa w krzakach, już to popijając kawę w kącie kuchni, popatrując z nienawiścią na Britt. To jakiś homerycki chwyt – opis walki Hektora z Achillesem też poprzetykany był jakimiś wtrętami, co miało rozbić emocje. Tu udało się bezbłędnie – książka zrobiła się nudnawa. Bohaterów, mimo nienawiści Raleya do Britt, łączy niewątpliwie jedno – oboje w swym życiu obudzili się kiedyś obok trupa i nie pamiętali co się stało. Raley tę przygodę przeżył pięć lat wcześniej i to ona zniszczyła mu żywot. Britt spotkało to dopiero wczoraj (dzień przed porwaniem jej przez Raleya). Jak się można domyślić, sprawy się łączą. Raley węszył przekręt już pięć lat temu i co zrobił, aby to wyjaśnić, oczyścić się z zarzutów? No co?! Zapuścił brodę i zamieszkał w górskiej chacie… Dopiero, gdy Britt spotkało to samo, porwał ją, wyżalił się a potem podał szczegóły prowadzące na trop w sprawie, oczekując, że ona wszystko załatwi… gdzieś tam jednak budzi się w nim mężczyzna i w końcu razem rozwiązują tajemnicę.

    Jak widać, dopiero po połowie, akcja zaczyna się rozkręcać, niebezpieczeństwo czyhać a wrogowie knuć, zatem lektura idzie łatwiej. Ale i tak się rozczarowałam, bo Sandra Brown pisze świetne książki. Polecam Nieczystą grę. Zasłonę... też możecie przeczytać, bo to nie jest tragiczna książka, tylko po prostu zwyczajna. Jak mało która tej autorki, więc jako kuriozum takie można ją potraktować…

wtorek, 10 stycznia 2012
Katarzyna Pisarzewska "Koncert łgarzy"

Zainteresowałam się tą książką z dwóch powodów. Po pierwsze, czytałam już kiedyś inną książkę tej autorki, pt. Halo, Wikta! Nawiasem mówiąc, nie jest to jakieś ambitne dzieło – komedia kryminalna bardzo przyjemna w czytaniu. Na jej niekorzyść działa to, że wydanie gabarytami przypomina klasyczny Harlequin i dodawane było do jakiegoś pisemka… Pani domu, czy Poradnik domowy…(?). Po drugie, ktoś sprytny z wydawnictwa (Świat Książki) na okładce umieścił tekst: Brawurowe połączenie humoru a’la Chmielewska z klimatem filmów Almodóvara. I właśnie to porównanie do Chmielewskiej mnie zaintrygowało. Ale nie dlatego, że oczekiwałam dzieła na miarę pani Joanny… Przeciwnie. O ile dobrze się orientuję wydawnictwo Świat Książki nie wydawało Chmielewskiej (mogę się mylić) a promuje swoją pisarkę na jej plecach. A ja, jak już wspomniałam, czytałam wcześniejszą powieść (powiastkę) pani Pisarzewskiej i wątpiłam w tak radykalną zmianę stylu.

    I okazało się, że miałam rację! Chyba ktoś w ww. wydawnictwie nie czytał nigdy Chmielewskiej, skoro porównuje do niej panią Pisarzewską (utwierdza mnie to w przekonaniu, że jej nie wydawali)… co do filmów Almodóvara to nie mam zdania… Zdenerwowało mnie takie bezmyślne sępienie na cudzym sukcesie i wkręcanie czytelnika.

    Co do książki, to również jest to komedia kryminalna, choć ten kryminał ma marginesową rolę. Naprawdę trzeba się skupić, by nadążyć za akcją, lecz nie dlatego, że jest ona tak wartka, ale dlatego, iż styl wypowiedzi, narracja, sposób wysławiania się i ogólny słowotok przyćmiewają wydarzenia. Książka napisana jest językiem dość zawiłym, wręcz skomplikowanym. Autorka lubuje się w długaśnych i rozbudowanych zdaniach. Fikuśnych wyrażeniach godnych raczej balu u ambasadora a nie książki dla mas.

  Hej, mi to w sumie nie przeszkadza, ale czytanie to ma być chwilka przyjemności a nie zagadka lingwistyczna… Tu przykład jednego z wielu tasiemcowatych zdań:

Panu od zetpetów zawdzięczam umiejętność szydełkowania oraz wykonania syrenki z blachy i wskaźnika do tablicy z pręta od dziecinnego łóżeczka, choć, szczerze mówiąc, żadna z tych umiejętności nie okazała się jeszcze warta wykorzystania, czy to w celu zgodnym z przeznaczeniem, czy po to, aby rzucić na kolana oziębłą kobietę, choć nie wątpię, że jeszcze kiedyś wrócimy do tych niesłusznie lekceważonych czasów i że wszystkie umiejętności, które wówczas naród posiadł, okażą się znów przydatne. (niektóre to nawet pół strony zajmują...)

    Za to całkiem nieźle ubawiłam się czytając streszczenia romansów historycznych, powieść ta traktuje m.in. o autorce tego typu dzieł. Streszczenia te są niezwykle celne i podkreślają najbardziej absurdalne ich cechy:

Akcja książki „Georgina w puszczy” toczyła się gdzieś w siedemnastym wieku. Bohaterka, nastoletnia dziewczyna, żyła w świecie szczęśliwym i bezpiecznym, dopóki jej rodzina nie wyruszyła w podróż w poszukiwaniu lepszych warunków egzystencji. W drodze przez leśną głuszę napadli ich zbójcy, mordując wszystkich jak leci oprócz bohaterki, która zdołała umknąć i ukryć się w puszczy. Błąkała się wiele tygodni, w chłodzie i głodzie, upokarzana przez wieśniaków zamieszkujących okoliczne przysiółki, aż zaopiekował się nią pewien szlachcic-odludek (po cóż dodawać - młody i przystojny). Dziwak ten opuścił ludzką wspólnotę i zaszył się pośród bagien, po tym, jak w przeddzień ślubu odkrył podwójną zdradę – swojej narzeczonej oraz brata. Georgina oraz ów szlachcic zakochali się w sobie - zajęło im to ładnych kilka lat oraz wielokrotnie większą liczbę stron książki (co wynotowała na marginesie sumienna sekretarka Palmistra). Na ślub przybył wuj dziewczyny i szczęśliwy z odnalezienia swej jedynej latorośli, obdarował siostrzenicę nieprzyzwoitym wprost majątkiem.

Ogólnie autorka przedstawia tu niezwykle krytyczny stosunek do romansów i ich autorów, nie wiem czy szczery, czy na użytek książki:

Kiedy wszedł w ten interes z romansami, kiedy przyjaciele i znajomi przestali poznawać go na ulicy, popadał w coraz większą moralno-intelektualną degrengoladę, nie bogacąc się przy tym aż tak bardzo, jak można by oczekiwać po bezwstydnej, wulgarnej, ogłupiającej, taniej, bezwartościowej, płytkiej, niskiej, pustej, prymitywnej, grafomańskiej, schlebiającej najgorszym gustom, kłamliwej, kosmopolitycznej, ahistorycznej, fałszywej psychologicznie, powielającej ograne sztuczki, schematycznej, nieżyciowej, trywialnej i banalnej komercji...

    Główny bohater – Robal Owaki (nazwiska bohaterów przysporzyłyby o ból głowy każdego obcokrajowca - Szczupaczydło, Dzierżyszczaw...) pracujący w biurze detektywistycznym swego wuja, dostaje zadanie wykradzenia maszynopisu autorce romansów. Robal wraz z ambitną sekretarką wuja włamują się do domu pisarki i znajdują jej ciało. Nie bacząc na padające na nich podejrzenia, czyhających uzbrojonych zbirów, szalonych staruszków mordujących unijnych urzędników szpadlami, próby otrucia, uwięzienia i nowe zwłoki, bohaterowie uparcie starają się odnaleźć zaginiony maszynopis i wyjaśnić mnożące się zagadki i tajemnice.

    Trochę mnie męczył ten górnolotny sposób wysławiania się, tym bardziej, że nie adekwatny do tematu. Może o to właśnie chodziło, by skrzyżować niską tematykę z wysokim stylem, ale dla mnie trochę to przekombinowane. Chmielewska używa prostych słów, by osiągnąć plastyczny opis, a Pisarzewska używa nadmiaru wysublimowanych słów, by opisać trywialne sprawy. Odnoszę wrażenie, że ważniejsze dla niej są popisy lingwistyczne, niż przedstawienie wydarzeń… zmęczyła mnie ta książka i znudziła.

    I nie wiem czy zniechęcać... raczej nie napisze, że polecam. Tak się zawaham...

sobota, 07 stycznia 2012
Ewa Siarkiewicz "Kuźnia na rozdrożu"

Uwielbiam książki dobrze napisane, ze świetnie poprowadzoną narracją i stopniowaniem emocji, o ciekawej kompozycji. Wtedy książka może być nawet o lepieniu pierogów a i tak będzie się ją przyjemnie czytało. I to prawda, że błędy i niestaranna korekta rozpraszają uwagę. Chodzi mi o to, że kiedy książka jest dobrze napisana, to nawet, jak jest o czymś denerwującym, to czyta się ją do samego końca.

    Taka jest Kuźnia na rozdrożu. Świetnie napisana i ma genialną kompozycję, ale jest o niesamowicie denerwującej bohaterce. Nie cierpię takich bezwolnych kukieł, tchórzliwych lam, takich owiec… no nie wiem jak to nazwać. Przez pół książki miałam ochotę chwycić Adelę za gardziołko i porządnie potrząsnąć. Jej zachowanie połączone ze świetnie budowanymi emocjami powieści powodowały, że nie mogłam się oderwać od książki, ale cały czas chciałam dać bohaterce mocnego kopa w siedzenie.

    Kuźnia… to powieść obyczajowa z elementami humoru (jak podają recenzje), ja do połowy książki nie dostrzegłam tego humoru, a to dlatego, że za bardzo wkurzała mnie ta „lama” Adela. Autorka opisuje tu życie, po prostu życie. Polską rzeczywistość – „moherowe” społeczeństwo, hipokryzję wiary niektórych ludzi, brutalnych małżonków, ślepych na ludzką krzywdę sąsiadów, pęd za pieniądzem, brak uczuć zaspakajany rutyną i „spokojnym życiem”. I strach przed podejmowaniem decyzji, rewolucją, zmianą. Chyba dlatego uważa się tę książkę za obyczajową. Dla mnie jest to powieść o miłości: do mężczyzny, kobiety, dziecka, matki, przyjaciela, siostry i Boga… O trudnej miłości i jej braku.

    Ale może o kompozycji, bo to coś, co spaja akcję, choć nie zawsze zwracamy na nią uwagę. A tu jest naprawdę dobra. Powieść zaczyna się prologiem, w którym bohaterka Adela wsiada do samolotu, który wylatuje w powietrze. Adela to główna bohaterka. Potem cofamy się o trzy tygodnie, podczas których wszyscy i wszystko (poza mężem) próbują zatrzymać Adelę w kraju, spowodować zmianę jej decyzji (i charakteru tej lamy przebrzydłej!) a właściwie nie jej decyzji tylko pana męża, bo Adela zawsze robi co jej każą. Trzy tygodnie odliczania do wielkiego bum. My wiemy co się wydarzy i ze zdenerwowaniem czekamy na godzinę zero. Ale przez ten czas musimy zmagać się z poglądami na życie i „owczym” charakterem bohaterki. Kobiety pod trzydziestkę, zadeptanej przez męża i matkę, tkwiącej w nieudanym małżeństwie, nie mogącej odejść, bo przecież mąż nie daje jej na to pretekstu:

Marian mnie nie zdradza, nie pije, nie bije, jest oszczędny (Ulka prychnęła), a że jest... trochę oschły i bywa złośliwy (Iwona przewróciła oczami), to da się jakoś wytrzymać. - Da się wytrzymać! - oburzyła się Iwona. - A seks? Może przynajmniej w łóżku jest wam cudownie? Co? - Jej słowa ociekały ironią. Wzruszyłam ramionami. Seks nie jest najważniejszy. Nie powiedziałam tego głośno, boby mnie zadziobały. Seks nie jest najważniejszy. Nie jest. Można żyć bez przytulania się, bez czułych pocałunków, dotyku dłoni na włosach. Bez chichotania, podniecających szeptów i spojrzeń pełnych miłości. Można żyć bez poczucia przynależności do drugiej osoby, intymnej bliskości. Życie polega na czym innym. Na czym innym.

Więc ja się pytam: Na czym polega?!

    Jedyne co mnie odrobinę raziło w tej powieści to nadmiar ezoterycznych bzdur – wróżby, tarot i kryształowe kule, prorocze sny i magiczne napoje. To nie dla mnie. Nie podoba mi się też okładka, ani to zdanie; „Wojna rozsądku z namiętnością” sugerujące, iż to romansidło jakieś…

     W sumie to taka zwykła powieść o nieszczęśliwym małżeństwie, strachu i poszukiwaniu miłości, ale coś w niej jest takiego, że postanowiłam zainteresować się innymi książkami tej autorki :)

POLECAM!

PS. Ponadto wyczuwam ślad Chmielewskiej! Pewne zwroty zaczerpnięte żywcem.

poniedziałek, 02 stycznia 2012
Joanna Chmielewska "Gwałt"

Zacznę od zdementowania zasmucającego twierdzenia, iż jest to najgorsza powieść pani Chmielewskiej. Otóż jest jedna gorsza – może dwie.

Nie rozczarowałam się, gdyż byłam przygotowana, nie najlepsza opinia już do mnie dotarła. Ale jest duży plus! Autorka wraca tematyką do okresu swej świetności, czyli „czasów błędów i wypaczeń” (określenie to jest przeze mnie ukradzione z twórczości Chmielewskiej i z premedytacją wykorzystywane). „Byczki…” zapoczątkowały ten zwrot a „Gwałt” tą drogą podąża.

    Tematyka może nie najlepiej trafiona. Pani Chmielewska znana jest z tego, iż wszelkie zbrodnie i przestępstwa traktuje niezwykle lekko, bez jakichś moralnych czy emocjonalnych wywodów. Temat gwałtu może niekoniecznie pasuje do lekkiego i humorystycznego podejścia, charakteryzującego styl autorki. Morderstwo z uśmiechem na ustach jeszcze ujdzie, ale coś tak delikatnego gatunkowo jak gwałt…? Tym bardziej, że niektóre twierdzenia zamieszczone w powieści wywołują we mnie gwałtowny sprzeciw!

***

Owszem, one są głupie - zaopiniowała po namyśle Patrycja. - Konkurują między sobą, która ma większe powodzenie, podpuszczają facetów i tak strasznie chcą przeżyć to takie wstrząsające coś, że narażają się na ostateczne sponiewieranie. Jeśli im się spodoba, cicho siedzą, ale rozczarowane i urażone, lecą na skargę. Mam straszne przeczucia. - Jakie? - zainteresował się podejrzliwie Kajtuś, który też cicho siedział, aczkolwiek nic mu się tu chwilowo nie podobało. - Rozwydrzenie pójdzie dalej. Pod opieką prawa rozbestwią się i zaczną skarżyć każdego, kto je poklepie po tyłku albo uszczypnie, szczególnie jeśli po uszczypnięciu zlekceważy i nie rzuci się ogniście. Oni naprawdę zaczną się ich bać. I uciekać.

***

U nas to jeszcze mięta, u kapitalistów gorzej, od nich idzie prowokująca moda, taki jeden z drugim głupek zobaczy dziewczynę w oszczędnościowej kreacji i już się w nim buhaj lęgnie. Zaproszenie do igraszek widzi i reaguje... - Masz mu to za złe? - zdziwił się Zygmunt. - Jemu nie. Jej. Nie pomyśli idiotka co robi, leci z nim w ustronne miejsce albo na chatę i potem się strasznie dziwi, że on się bierze do gwałtu. A tymczasem jej chodziło tylko o to, żeby być kusząca i budzić pożądanie, najpierw się broni i dostaje grzmoty, a potem leci na milicję. Coś z tym fantem trzeba zrobić, przewiduję dramaty.

 

    Główni bohaterowie, Patrycja i Kajtuś, jadą do Płocka na rozprawę sądową dotyczącą gwałtu. On jest oskarżycielem, ona dziennikarką śledczą. A sprawa gwałtu dotyczy pewnej dziewczyny - Stefy, która wbrew ogólnemu rozpasaniu obyczajów (na moje oko lata ’70-te ubiegłego wieku) postanawia zachować cnotę dla męża. Chce być wyjątkowa i oryginalna, dokonać czegoś niezwykłego, dlatego na owego męża wybiera sobie pierwszego Casanovę miasta Płocka – Ziutka (recydywista). Stefa, jako że niewinną dzieweczką była, nie miała pojęcia o podrywaniu i marzyły jej się oświadczyny już na trzeciej randce. Niestety upragniony mężczyzna okazał się mieć narzeczoną, co skłoniło Stefę do energiczniejszych „zalotów”, przy upartym podkreślaniu swojej cnoty. W wyniku czego doszło do owego problematycznego gwałtu. Powieść zaś opisuje sprawę sądową, podczas której niezorientowana dziennikarka śledcza przysłuchuje się przedziwnemu przesłuchiwaniu świadków przez wyjątkowo tępego sędziego. Oto wynik owej rozprawy – uzasadnienie wyroku:

— ...zostaje uznany winnym zarzucanego mu czynu i wymierza mu się karę dwóch lat więzienia można usiąść. […] — Uzasadnienie wyroku! - ryknął potężnie, dzięki czemu początek uzasadnienia został dokładnie zagłuszony rumorem siedzisk. Przez długą chwilę jeszcze szurało i trzeszczało, po czym upragniona treść zaczęła brać górę. [...] — ...z tego widać, że oskarżony uprawiał rozpustę. Jedna konkubina i jedna narzeczona, a do tego jeszcze pokrzywdzona Rucka. Nie daje się wiary świadkom, jakoby oskarżony nie wynosił wódki do kuchni dla narzeczonej Karczewskiej, tylko wypijał po drodze. Daje się wiarę pokrzywdzonej, że wynosił... […] -...nie mając doświadczenia, pojona była wódką z premedytacją bez zakąski - międlił sędzia dalej. - Oskarżony w to graj, upatrzył ją sobie, wywiózł na oddaloną daleko działkę, chociaż miało być do domu. Tam ciągał za rękę i mijał się z prawdą, że boi się psa. Uderzył ofiarę w twarz o kapustę i zakrwawił. Okłamał o furtce, że zamknięta, a była otwarta, przez to zaciągnął ją do piwnicy. Pokrzywdzona krzyczała i od początku odmawiała zgody na stosunek cielesny aż spuchła... […] - Z tego powodu uznaje się go winnym... Anie, zaraz... […] -...trzymając ją silnie za ręce, zdjął swoje spodnie i zmusił pokrzywdzoną zdjąć dolną garderobę bez swetra, bo było zimno. O przemocy świadczy, że urwał jej guzik. Jest to dowód rzeczowy w posiadaniu sądu. Także narobił jej dużo licznych siniaków na różnych kończynach dolnych. Odbył z nią przemocą stosunek cielesny i oświadczył, że wcale nie była dziewicą. Nie dał wiary w jej słowa i przymusił ją do płaczu. A następnie odwiózł ją do domu taksówką marki warszawa. […] - Obdukcja lekarska wykazała, że pokrzywdzona była dziewicą albo nie. Według zeznań świadków daje się wiarę, że była i oskarżony to wykorzystał, jako osobę niedoświadczoną. Z tego powodu uznaje się go winnym popełnienia na niej gwałtu i wymierza karę dwóch lat pozbawienia wolności. Wyrok nie jest prawomocny.

 

    Całość jest bardzo chaotyczna. Na początku nie można się zorientować kto jest kim, które wydarzenia są prawdziwe a które zełgane na rzecz rozprawy. A największy niesmak budzi we mnie urządzenie. Patrycja upiera się by mieć podczas rozprawy urządzenie nadawczo-odbiorcze. Ona ma mikrofonik przypięty do bluzki a Kajtuś w uchu trzyma słuchawkę. Po co to? Ona, niezorientowana w sprawie, szepcze mu uwagi w ucho a on siedzi i głową kiwa… Wszystko to takie niepozbierane i niedopracowane.    

    Polecam tylko wyrozumiałym, którzy chcą się pośmiać z sędziego głupka, który jest najbarwniejszą postacią powieści :)

Tagi: gwałt
22:22, polonisty
Link Komentarze (13) »
Tagi
stat4u